czwartek, 5 marca 2015

Tavisupleba znaczy wolność


Jakiś czas temu pisałam o gruzińskiej muzyce (TUTAJ) i o jej lekkim, melodyjnym, unikalnym brzmieniu. Jakoś tak siłą rzeczy założyłam, że w podobnym klimacie utrzymana będzie najważniejsza pieśń państwowa Sakartvelo. A tu szok. Kiedy po raz pierwszy miałam okazję posłuchać gruzińskiego hymnu to zdumiałam się strasznie, bo chociaż słowa były z całą pewnością gruzińskie, to melodia i wykonanie nie kojarzyły mi się zupełnie z niczym. Zresztą posłuchajcie sami:

Uwaga, zaraz odśpiewany będzie hymn

środa, 25 lutego 2015

Gruzja od A do Z



Od kilku miesięcy obserwuję bardzo interesującą akcję "W 80 blogów dookoła świata" polegającą na tym, że co jakiś czas blogerzy piszący o różnych obszarach językowo-kulturowych skupiają się na jednym wspólnym temacie i pokazują go z perspektywy "swojego" języka lub kraju. Akcja wydała mi się na tyle ciekawa, że postanowiłam  włączyć się do jej najnowszej (już 11-stej) edycji. Zatem serdecznie zapraszam do przeczytania nie tylko mojego wpisu, ale również artykułów innych blogerów, do których linki podaję na samym końcu. 

Miłej zabawy!





Dzisiejszy post to tak naprawdę jedna wielka zabawa w skojarzenia. Wystarczy tylko pomyśleć o Gruzji i odpowiedzieć na pytanie "Co gruzińskiego przychodzi mi do głowy, gdy myślę o literze ...?" Poniżej moje odpowiedzi, a Czytelników gorąco zachęcam do zrobienia własnego zestawienia. Zaczynamy!





A to niewątpliwie gruziński ALFABET. Zupełnie niepodobny do jakiegokolwiek innego na świecie, według samych Gruzinów przypominający wijące się pnącza winorośli. Początkowo strasznie utrudniał mi życie, ale kiedy się go w końcu nauczyłam, wydał mi się całkiem uroczy.










B to dla mnie BORDŻOMI, charakterystyczna słonawa woda mineralna pochodząca z miejscowości o tej samej nazwie, cudowna na letnie upały (oraz na "syndrom dnia następnego"). Odkryłam,  że dostępna jest także w Polsce, ale za koszmarne pieniądze :(

C to CZACZA- silna i paskudna w smaku wódka z winogron produkowana często domowymi sposobami i pita przez miejscowych jak soczek. Osobiście stałam się kilkakrotnie ofiarą "czacza ambush" i przeżyłam chyba tylko dzięki intensywnej kuracji literką "b".


D to gruzińskie DROGI pełne niespodzianek: od wypasionej prawie_autostrady po wyboiste i błotniste nie_wiadomo_co. Rzeczone drogi lubią bez ostrzeżenia zmieniać się w stos kamieni lub głębokie dziury, a najfajniej jest, gdy dzieje się to w wysokich górach tuż nad urwiskiem.




E to rzeka ENGURI (w innej wersji Inguri) spływająca z gór Swanetii i oddzielająca Gruzję od Abchazji. W górnych partiach daje przepiękne widoki, w dolnych przyprawia o ból głowy niesionymi ze sobą do morza tonami śmieci.

F to wszechobecne, dumnie powiewające FLAGI- zarówno gruzińskie, jak i Unii Europejskiej. Po namyśle dochodzę do wniosku, że flag UE widzialam w Gruzji zdecydowanie więcej niż widuję w Polsce.

G to nic innego jak GÓRY, których Gruzja ma pod dostatkiem. Przepiękne pasma Małego lub Wielkiego Kaukazu widać praktycznie z każdego miejsca w Gruzji, a to, co można zobaczyć gdy człowiek już w te góry dotrze, zapiera dech w piersiach!








H to HAŁAS gruzińskiej ulicy. Trąbienie, pisk opon, pokrzykiwanie, ryk silników, ogłoszenia z policyjnych radiowozów, muzyka- to wszystko miesza się w powietrzu i nieustajaco drażni nasze bębenki. Ale spokojnie, można się przyzwyczaić!

I to po prostu literka I, która nie kojarzy mi się z żadnym konkretnym wyrazem, ale jest jej wszędzie pełno i bez niej język gruziński absolutnie nie mógłby istnieć.

J to gruzińskie JEDZENIE- nieśmiertelne chaczapuri, chinkali, sałatki pomidorowo-ogórkowe, bakłażany, zapiekany ser sulguni i czerwona fasola lobio. Fajne na kilka dni, strasznie idące w biodra w systemie długofalowym.



K to oczywiscie KROWY. Łażące wszędzie samopas, śpiące na drogach (najchętniej tuż za zakrętem), posłusznie same wracające do zagród i czasem sprawiające wrażenie mądrzejszych od swoich właścicieli.








L to LARI, gruzińska waluta. Przez długi czas bardzo stabilna, chwilowo straszliwie tracąca na wartości w związku z wariującym kursem dolara.

M to oczywiście szalone MARSZRUTKI mknące z prędkością światła po gruzińskich drogach niezależnie od ich stanu i pogody, z dowolnym  ładunkiem na dachu. Jak to trafnie określił mój kolega- ich kreatywność ograniczona jest jedynie wysokością tuneli w górach.

N to NARDI, kultowa gra tutejszych mężczyzn. Raz dla żartu zostałam dopuszczona do rozgrywki, znudziło mi się po pięciu minutach. Tubylcy natomiast potrafią przesiedzieć nad planszą pół dnia.



O to pachnące OWOCE, najchętniej zrywane prosto z gałęzi- mandarynki, kiwi, pomarańcze, figi, khurma, jabłka, morwa....










P to wszechobecna POLICJA, która zatrudnia chyba z 1/4 męskiej populacji. Głównym jej zadaniem jest jeżdżenie w kółko radiowozem lub alternatywnie siedzenie na ławce i dłubanie pestek słonecznika. Ale nie powiem, kilka razy nawet się nam przydała- pokazując drogę do monastyru czy pomagając koleżance zmienić koło w samochodzie terenowym ;-)

R to RELIGIA, bardzo mocno obecna w gruzińskiej codzienności. Krzyże, pomniki świętych, ogromne monastyry i publiczne ceremonie religijne to tutaj normalność.

S to niejaki STALIN, który z racji gruzińskiego pochodzenia dorobił się gigantycznego muzeum w Gori i mnóstwa innych upamiętniających go miejsc. Wbrew oficjalnej wersji, spora część z nich przetrwała do dzisiaj.

T to jak by nie patrzeć TBILISI- gruzińska stolica w irytujący sposób nazywana przez naszych rodaków Tibilisi. Miasto pełne kontrastów pomiedzy starym i nowym, zadbanym i podupadłym, bogatym i biednym.



U to gruzińskie ulubione zajęcie- UCZTOWANIE. Każdy posiłek (a już na pewno taki, w którym uczestniczą goście) ma tutaj tendencję do przekształcania się w wielogodzinną biesiadę z górą jedzenia i mnóstwem toastów.












W to koniecznie WINO. Wytrawne czerwone Saperavi, białe półsłodkie Kisi i Tvishi, czerwone słodkie Kindzmarauli, a oprócz tego jakieś 100 innych miejscowych odmian... Mmmmm, rozmarzyłam się.....

Y yyy, no dobra, w kwestii Y nic mi nie przychodzi do głowy. Ale może ktoś coś znajdzie?



Z to dla mnie już na zawsze będzie ZUGDIDI, miejsce nieco na końcu świata, przez kogoś o chorym poczuciu humoru nazwane "subtropical paradise", w którym spędziłam 27 miesięcy próbując ogarnąć gruzińską rzeczywistość.









Linki do pozostałych wpisów w ramach akcji:

A jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się przyłączyć do naszej grupy, zachęcam do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Gruzińska filmoteka


Kilkanaście dni temu Polskę obiegła informacja, że nasza produkcja "Ida" nominowana została do Oskara w kategorii "film obcojęzyczny". Podobna euforia wybuchła w Gruzji gdy okazało się, że w tej samej kategorii nominację otrzymał gruzińsko-estoński film "Mandarynki". Może to strasznie nie-patriotyczne, ale kibicuję "Mandarynkom" i cieszę się, że akurat ten film został w taki sposób wyróżniony. Jest to bowiem obraz bardzo specyficzny, z jednej strony opowiadający o wojnie, a z drugiej tchnący spokojem i dający czas na refleksję. Fabuła jest dosyć prosta: Lata 90-te XX wieku, trwa wojna w Abchazji. Ivo i Margus, dwaj właściciele sadów mandarynkowych, przypadkowo są świadkami potyczki między wrogimi grupami i ratują od śmierci dwóch mężczyzn walczących po wrogich stronach. W efekcie w małym drewnianym domku zamieszkują dwaj śmiertelni wrogowie, którzy wykorzystują każdą okazję, aby sobie nawzajem okazać nienawiść i pogardę. Na tle tych kipiących emocji oraz toczącej się tuż za płotem wojny niesamowity jest spokój i filozoficzne podejście do życia hodowców mandarynek, którzy powoli, ale konsekwentnie "zaszczepiają" w swoich gościach nowe podejście do świata. Nie chcę psuć wrażeń z oglądania, więc nie zdradzę więcej fabuły, powiem tylko, że sceny finałowe mocno trzęsą emocjami. Cały film "Mandarynki" w wersji polskojęzycznej zobaczyć można online TUTAJ ,  a dla zachęty wklejam zwiastun:





Zupełnie inaczej jest w przypadku dwóch filmów opowiadających o konflikcie sierpniowym 2008- gruzińskiego "5 dni wojny" i rosyjskiego "Olympus inferno". Oba to typowe produkcje kina akcji. Ciekawy efekt osiąga się oglądając je tuż po sobie, np. dzień po dniu, bo są one jakby zwierciadlanym odbiciem tej samej historii. W skrócie- w obu występuje para młodych ludzi, którzy przypadkiem zostają wplątani w nagle wybuchłe działania wojenne. W obu pokazane są okrucieństwo i dramat ludzi, w obu głowni bohaterowie starają się pokazać światu "prawdę" o toczącej się wojnie. Tyle tylko, że ta "prawda" jest całkowicie różna w zależności od perspektywy i założeń ideologicznych, z jakimi filmy były kręcone. Mnie osobiście bardziej przypadł do gustu "Olympus inferno"- bynajmniej nie ze względu na kontekst polityczny, a na sposób realizacji i prowadzenia bohaterów przez film. Niestety, w Polsce wyświetlany był tylko jedynie słuszny politycznie gruziński "5 dni wojny", ale chcę dać moim Czytelnikom szansę obejrzenia obu filmów i zdecydowania samemu: "Olympus inferno" (po rosyjsku) dostępny jest TUTAJ, a "5 dni wojny" (po angielsku) TUTAJ .




Kadr z filmu "Olympus inferno"

 



Kadr z filmu "5 dni wojny"































Żeby jednak urozmaicić nieco tę moją gruzińską filmotekę i wyzwolić się z kręgu filmów wojennych, na koniec chcę przedstawić też gruziński obraz z zupełnie innej kategorii. W Europie można go było zobaczyć po tytułem "In Bloom" (w Polsce- "Rozkwitające"). Tbilisi lat 90-tych, świat nastolatek zamkniętych w ponurym blokowisku, bez nadziei na zmiany, kolejki za chlebem, główna rozrywka to dziewczęce plotki i popalanie cichaczem papierosów. W tym wszystkim nieśmiało rodzą się typowe dla nastolatek uczucia i zauroczenia, a jednocześnie gruzińska tradycja pcha zupełnie gdzie indziej- akceptowane społecznie porwanie dziewczyny oznacza, że nie mając za bardzo innego wyboru 14-latka wychodzi za mąż. Z roześmianego dorastającego dziecka z dnia na dzień ma stać się panią domu, której jedynym zadaniem jest dbanie o męża i pilnowanie, aby był zadowolony. Jak się pewnie domyślacie, to nie może się skończyć dobrze......  Film może oskarowy nie jest, ale bardzo wyraziście pokazuje Gruzję lat 90-tych i gruzińską mentalność (która do tej pory aż tak bardzo się nie zmieniła!). Zwiastun filmu poniżej:




Jako ciekawostkę dodam jeszcze informację praktyczną- ten ostatni film oglądałam w kinie Amirani przu ul. Kostava w Tbilisi, gdzie co jakiś czas natrafić można na filmy puszczane po angielsku lub z angielskimi napisami- a zatem gdyby ktoś podczas pobytu w Gruzji zatęsknil za filmową rozrywką, to warto sprawdzać repertuar tego kina. 

piątek, 30 stycznia 2015

Podziemne miasto króla Tamar

Gruzja oferuje wiele ciekawych miejsc do zwiedzania, w dodatku rozrzucone są one dokładnie po całym kraju. Dlatego bardzo długo trwało, zanim na moim celowniku znalazła się do jedna z najbardziej znanych atrakcji turystycznych- skalne miasto Vardzia (ვარძია) w regionie Samcche-Dżawachetia. Znajduje się ono w odległości około 60km (1,5 godziny jazdy) za Achalciche i już sam dojazd do niego jest przepiękny, zatem warto odbyć tę drogę choćby już dla niezapomnianych widoków. Mnie się tak spodobało, że odwiedziłam Vardzię trzykrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego.


Gdzieś za tymi górami jest już Turcja
Różnorodne formy skalne po obu stronach trasy


Taka droga aż zaprasza do przygody

Przed wizytą w Vardzi miałam okazję zwiedzać inne gruzińskie kamienne miasto, (http://innagruzja.blogspot.com.tr/search/label/Upliscyche), dlatego niezupełnie byłam przygotowana na to, co tym razem zastałam na miejscu. W odróżnieniu bowiem od Upliscyche, które rozciągnięte jest w poziomie, Vardzia ukształtowana jest jakby kompaktowo i w pionie. Trzeba wgłębić się w jej historię, żeby zrozumieć, dlaczego tak jest.
Pierwsze pieczary w miękkiej skale powstały prawdopodobnie już w VIIIw., natomiast około 1185 roku rozpoczęło się budowanie całego kompleksu mieszkalnego. I choć trudno w to uwierzyć, 13 poziomów komnat i sal (łącznie około 3000!) zbudowano całkowicie pod ziemią, nie zapominając o systemie dostarczania wody i powietrza. Jedyne wyjścia na powierzchnię znajdowały się w sporej odległości, tunele wiodły bowiem aż nad brzegi rzeki Kura. Fundatorem i opiekunką całego projektu byłą Tamar, która jako król (dlaczego król a nie królowa? odpowiedź znajdziecie tutaj http://innagruzja.blogspot.com.tr/2014/03/marzec-miesiacem-kobiet.html) postanowiła zadbać o bezpieczeństwo swojego ludu w czasie najazdów mongolskich pustoszących okolicę. W podziemnym mieście mogło schronić się nawet do 60 tysięcy osób, a oprócz komnat typowo mieszkalnych była tam między innymi kaplica, klasztor i sala tronowa. Niestety w 1283r. potężne trzęsienie ziemi sprawiło, że kompleks skalny rozpadł się, górna jego część runęła, a około 2/3 pomieszczeń uległo zawaleniu i całkowitemu zniszczeniu. Tak więc to, co oglądamy dzisiaj, jest tak naprawdę przekrojem przez pierwotną budowlę z czasów króla Tamar, która nigdy nie miała ukazać się ludzkim oczom w takim kształcie.


Kolory i kształty skał wyraźnie pokazują, gdzie nastąpiło osuwisko

Do dnia dzisiejszego w skalnym mieście zachowało się około 300 pomieszczeń, jednak część kompleksu jest niedostępna dla zwiedzających, gdyż pełni funkcję męskiego klasztoru. Vardzię zwiedzać można przez cały rok, choć ja osobiście rekomenduję późną wiosnę lub wczesną jesień (brak tłumów i szczególnie malownicze widoki). Po zapłaceniu 3 lari za wstęp, trzeba najpierw wspiąć się stromą ścieżką pod górę, aby w końcu dotrzeć do fragmentów dawnych komnat i zacząć przemieszczać się po jednym z kilku ocalałych poziomów mieszkalnych. Same komnaty mają głównie mało oryginalną postać wielkich skalnych jam, ale za to rozciągający się z góry widok na dolinę rzeki Kury zapiera dech w piersiach. Dalej dociera się do całkiem nieźle zachowanej skalnej kaplicy z pięknymi freskami, gdzie trzeba zdecydować się czy idzie się dalej na powierzchni, czy też chce się zagłębić w wąskie i raczej niskie skalne tunele. Obie opcje mają swoje zalety: ta na powierzchni pozwala podziwiać widoki, trasa podziemna pokazuje za to, jak wyglądały przejścia pomiędzy komnatami, tunele i schody. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby trasę odbyć dwukrotnie i połączyć oba rodzaje wrażeń.  Końcowa część zwiedzania jest najmniej przyjemna, droga prowadzi kamiennym tunelem ostro w dół, stopniami o bardzo nieregularnych kształtach, w dodatku nie wszędzie jest się o co podeprzeć. (Jeśli ktoś jeszcze nie wysnuł tego wniosku, to podpowiadam- po Vardzi poruszać się należy wyłącznie w wygodnym, płaskim obuwiu o dobrze przyczepnych podeszwach!) 

W górnym lewym rogu widać parking- stamtąd startujemy, dalej już tylko na pieszo!

Po wdrapaniu się tutaj zaczyna się właściwe zwiedzanie

Trochę jak ser szwajcarski ;-)

Wejście do sali kościelnej
Tylko wyjątkowi zapaleńcy odwiedzają wszystkie dostępne sale
Paniom w butach na obcasach życzymy powodzenia ;-)

Za tą bramką zaczynają się cele klasztorne


Trasa pod ziemią wiedzie wąskimi i niskimi korytarzami

Setki wykutych w skale stopni

Widać, że przynajmniej niektóre komnaty były całkiem wykwintne




















W okolicy Vardzi znajdują się jeszcze inne ciekawe kompleksy, jak choćby skalny klasztor Vanis Kvavebi czy ruiny twierdzy Tmogvi. Przyznam, że ja ich nie zwiedzałam, ale zapaleni turyści mają tu wielkie pole do popisu!


Skalny kościółek z klasztoru Vanis Kvavebi

Zmiana perspektywy- spróbujcie teraz odnaleźć ten kościółek tutaj!

P.S. Po raz kolejny dziękuję za udostępnienie części zdjęć Andrzejowi, Jarkowi i Horstowi!

wtorek, 6 stycznia 2015

Obyśmy zdrowi byli

Post z dedykacją dla Marii, genialnej polsko-gruzińsko-międzynarodowej Pani Doktor :)

Kilka dni temu nastał Nowy Rok i z tej okazji składamy sobie nawzajem życzenia. A czego sobie przede wszystkim życzymy? Oczywiście zdrowia. W związku z tym przyjrzyjmy się, jak kwestie związane ze zdrowiem wyglądają w Gruzji.


Symbol służby zdrowia jeszcze z czasów ZSRR przed szpitalem w Zugdidi

Przede wszystkim nie istnieje tutaj coś takiego jak powszechny system ubezpieczeń zdrowotnych ani stricte państwowa służba zdrowia (pieniądze z budżetu państwa to tylko niecałe 20% wszystkich wydatków na służbę zdrowia). W praktyce oznacza to zatem, że opieka medyczna jest towarem, za który każdy musi zapłacić ze swojej kieszeni. Pacjent przychodzący do lekarza wnosi podstawową opłatę (nie wiem jak jest gdzie indziej, ale przychodni w Zugdidi to 30 lari czyli ok. 50 zł) i w tej cenie ma wizytę u lekarza podstawowej opieki plus jeśli trzeba konsultację specjalisty. Dalsze badania i zabiegi płatne są już osobno. Plusy takiej sytuacji: wizyta odbywa się praktycznie natychmiast, a jeśli nie jest możliwa tego samego dnia, to z pewnością termin wyznaczony zostanie w ciągu 2-3 dni nawet u lekarza-specjalisty (dla porównania: spróbujcie w Polsce pójść do szpitala i umówić się "na już" z laryngologiem czy endokrynologiem). Minusy: wielu ludzi po prostu nie stać jest na wizytę u lekarza lub nie chcą wydawać pieniędzy i zwlekają z nią tak długo, dopóki chodzą o własnych siłach- czyli jak już do lekarza trafiają, to choroby są bardzo mocno zaawansowane. 


Główny budynek szpitala w Zugdidi, przed wejściem tłumy rodzin pacjentów
- wizyta w szpitalu to kolejna z licznych okazji do kontaktów towarzyskich



Tutaj bardzo by się przydał remont

Jeśli chodzi o dostępność specjalistów i ogólne standardy, to medyczna Gruzja to jakby dwa światy. Jest Tbilisi z mnóstwem klinik, przychodni, szpitali i specjalistów- i jest cała reszta kraju. Według oficjalnych statystyk w Tbilisi jest 3 razy więcej lekarzy niż w pozostałej Gruzji. W innych dużych miastach (Batumi, Kutaisi) można jeszcze trafić na lekarzy-specjalistów, natomiast małe miejscowości to już tylko podstawowa opieka zdrowotna, a miejscami wręcz tylko ambulatoria. Poziom wyposażenia i standardów higieny w ośrodkach jest bardzo różny, klinika w Tbilisi to Europa pełną gębą, ale już w szpitalu w Zugdidi krew pobiera się bez rękawiczek, sprzęt pochodzi tak na oko z lat 80-tych zeszłego wieku, podłoga się klei, a toalety nie są sprzątane całymi dniami. Poziom wykształcenia lekarzy też jest różny, ci kształceni za czasów ZSRR są fachowcami w swoim zawodzie, choć czasem stosują przestarzałe metody i leki. Z kolei lekarze kształceni już po "rewolucji róż" często (choć oczywiście nie wszyscy!) padli ofiarą kiepskiego systemu nauczania na pseudo-uczelniach i daleko im do wybitnych medyków.

Karetka starsza niż pacjent- widok bardzo częsty na prowincji


Na szczęście jak widać nie wszędzie tak jest

Kolejną ciekawą sprawą jest system funkcjonowania aptek. Oczywiście one też są prywatne i jest ich mnóstwo. Recepta jest tylko kawałkiem papieru, nie upoważnia do żadnych zniżek, a leki opłaca pacjent. Mało tego, recepta nie jest tak naprawdę do niczego potrzebna, bo bez recepty dostępne jest wszystko łącznie np. z antybiotykami. Wyjątkiem są psychotropy i lekarstwa zawierające substancje narkotyczne (np. morfina). (Edit: zostałam właśnie oświecona przez lekarza, że przegapiłam ważny moment, bo czasy bez-receptowe właśnie odeszły do lamusa i bez tego magicznego świstka już się leków nie kupi!) A żeby było jeszcze ciekawiej, to lekarstwa można kupować na opakowania, ale dużo częściej kupuje się na sztuki. Na początku nie mogłam się do tego przyzwyczaić, że pani w aptece pyta ile chcę tabletek np. witamin i starannie odmierza je z opakowania, przesypując wymaganą ilość do małej torebeczki. I znowu widzę tu plusy: lekarstwa się nie marnują i nie trzeba wydawać pieniędzy na całe duże opakowanie, gdy potrzebuje się np. 3 tabletek przeciwbólowych. Widzę też niestety minusy: ludzie nie rozumieją, jak działają leki i żeby zaoszczędzić kupują np. 1 tabletkę antybiotyku zamiast całej zalecanej dawki.


Logo jednaj z głównych sieci aptek

Oczywiście wszystkim odwiedzającym Gruzją życzę, aby z opieki medycznej nie musieli tutaj korzystać. Warto wiedzieć, że główne "grasujące" tu choróbska to przede wszystkim wszelkiego rodzaju zatrucia pokarmowe, a z poważniejszych gruźlica, odra i dodatkowo w zeszłym roku fala wirusowego zapalenia opon mózgowych ( z tego co wiem to już opanowana). Dla turystów nie ma szczepień obowiązkowych przed przyjazdem, zalecane są natomiast szczepienie WZW A, WZW B, tężec i błonica (aktualne dane do sprawdzenia tutaj: http://www.szczepieniadlapodrozujacych.pl/gruzja-szczepienia.html#showme).