Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oranżada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oranżada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 sierpnia 2016

Gruzja / Polska - mój kraj idealny





Dzisiejszy wpis powstał w ramach "Projektu nad projektami" Klubu Polki na Obczyźnie, o którym więcej poczytać możecie TUTAJ.





Przez ponad dwa lata życia w Gruzji miałam okazję zatęsknić za wieloma rzeczami powszechnymi w Polsce, które w kraju Kartlów okazały się deficytowe. Część z nich nie jest problemem, gdy przylatuje się na kilkanaście dni, ale po jakimś czasie ich brak zaczyna doskwierać coraz mocniej, aż się powodem wszechogarniającej irytacji. Z kolei po powrocie do Polski odkryłam, że jest kilka rzeczy, które chętnie przeniosłabym z Gruzji do naszego kraju. A gdyby tak móc stworzyć kraj idealny? Jak wyglądałaby moja lista rzeczy, które chciałabym przenieść z jednego miejsca do drugiego?


niedziela, 25 października 2015

Gdy mi ciebie zabraknie...


W dzisiejszej odsłonie "W 80 blogów dookoła świata" pokazujemy produkty z różnych krajów, które szczególnie przypadły nam do gustu. Zapraszam zatem do kolejnej wirtualnej wizyty w Gruzji, a także na blogi innych podróżników, do których linki znajdziecie na końcu artykułu!









Od mojego wyjazdu z Gruzji minął już jakiś czas i niestety rozmaite zapasy przywożone do Polski zdążyły stopnieć. Choć na co dzień bez problemu jestem w stanie zaopatrzyć się w przepyszne gruzińskie wina (ku mojemu zdziwieniu ma je w swojej ofercie każdy większy market), to innych gruzińskich produktów jest  u nas jak na lekarstwo. Oto trzy gruzińskie rzeczy, wobec których mam ochotę smętnie zanucić "gdy mi ciebie zabraknie..." , bo należały do moich ulubionych i teraz tęsknię za nimi straszliwie...

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Oranżada z niespodzianką

Nie ma możliwości przyjechać do Gruzji i nie spotkać się z nazwami Zedazeni, Natakhtari czy Zendukali. Reklamy napojów produkowanych przez te firmy spotkać można na każdym kroku i choć większość rodaków zapoznaje się bliżej przede wszystkim z linią piw przez nie produkowanych, to ja zagustowałam głównie w napojach gazowanych nieodmiennie przypominających mi czasy szkolnych sklepików i czerwonej lub żółtej oranżady sprzedawanej w foliowych woreczkach ze słomką. Oranżad tych jest tutaj cała paleta- od moich ulubionych berberysowej i gruszkowej poprzez malinową, cytrynową, waniliową, winogronową, śmietankową aż do nieco dziwnej zielonej estragonowej. Dostępne są w opakowaniach szklanych lub plastikowych, od 0,33 poprzez 0,5 litra, litr aż do 2 litrów. Jednym słowem do wyboru, do koloru. 


Takie reklamy znaleźć można na większości sklepów

W ramach spontanicznej wycieczki krajoznawczej postanowiliśmy odwiedzić choć jedną z miejscowości, w których te pyszności powstają i w ten sposób trafiliśmy do Zedazeni, miejsca położonego o jakieś 20km od Tbilisi (kierunek na Gori, zjazd z autostrady na Saguramo/Zedazeni). Zaczęło się bez niespodzianek, znaleźliśmy bowiem na browar, którego przegapić się nie da, bo leży przy głównej drodze i zajmuje całkiem sporą powierzchnię. 


Browar od frontu.....

... i widziany od góry

A później.... później były już tylko niespodzianki. Pierwszą z nich był widok wielkiego krzyża górującego nad okolicą, o którym na próżno szukać informacji w przewodnikach. Mieliśmy mgliste informacje, iż w Zedazeni znajduje się bardzo malowniczy monastyr, zatem gdy trafiliśmy na drogowskaz z odpowiednim piktogramem, natychmiast za nim podążyliśmy. Uuuuh, jak dobrze, że poruszamy się autem terenowym! Asfalt skończył się za pierwszym zakrętem, droga zaczęła iść ostro pod górę, zrobiło się wąsko i kręto. Lekko zwątpiliśmy, ale głównie z braku możliwości zawrócenia wspinaliśmy się dalej, zerkając z niejaką obawą w dół na strome wąwozy po prawej stronie. Po dobrych 25 minutach takiej jazdy (z przerwą na podziwianie widoku) dotarliśmy wreszcie do miejsca tak dziwnego, że aż trudno je opisać. Owszem, monastyr był- uczciwie mówiąc nie przedstawiał sobą nic szczególnego, jako główną atrakcję oferował co najwyżej ładny widok na okolicę. Jednak obok monastyru było też coś niesamowitego- coś w rodzaju mini osiedla skleconego z byle czego a zbudowanego wokół właśnie tego gigantycznego krzyża, który oglądaliśmy wcześniej z dołu. Ilość świętych obrazów rozwieszonych wszędzie w zestawieniu z wyglądem osób poruszających się w obrębie tej budowli nieodparcie przywodziła na myśl jakąś lekko szaloną sektę i wszystko to razem wyglądało nieco abstrakcyjnie. Po raz kolejny mogliśmy tylko stwierdzić, że Gruzja chyba nigdy nie przestanie nas zadziwiać...


Monastyr jak monastyr.....
Całkiem miło sobie żyją ci mnisi

Krzyż prawie jak na Giewoncie

Widok nieco zaskakujący
Warunki życiowe jakby nieco inne niż te pokazane wyżej
Budka wartownicza? Czy improwizowana kaplica?
Moja skromna znajomość gruzińskiego wskazuje,
że na budce zapisana jest modlitwa do krzyża (???)

Kolejny z dziesiątek krzyży i świętych obrazów

O, właśnie tam na górze byliśmy!