Jeżeli istnieje coś takiego jak potrawa narodowa czy muzyka narodowa, to uznać też można, że istnieje gra narodowa, prawda? W Gruzji taką grą jest niewątpliwie nardi- tutejsza odmiana gry znanej u nas jako tryktrak lub backgammon.
Sama gra jest dosyć prosta, polega na rzucaniu kostkami i przesuwaniu pionków o odpowiednią ilość pól. Piony ustawiać można tylko tam, gdzie nie znajdują się co najmniej dwa pionki przeciwnika, natomiast kamień zostawiony sam może zostać przykryty kamieniem przeciwnika i tym samym wyrzucony z gry. Chodzi oczywiście o to, aby wyeliminować jak najwięcej pionków przeciwnika, a jednocześnie samemu sprowadzić bezpiecznie wszystkie swoje kamienie na swoją część planszy i pojedynczo wyjść nimi z gry.
Plansze do nardi spotkać można wszędzie i praktycznie wszędzie można natknąć się na grających w nią mężczyzn- na postojach taksówek, na bazarze, w parkach, zimą w specjalnie do tego przygotowanych pawilonach. Przy grających najczęściej zbiera się cały tłum kibiców, więc przy rozgrywkach bywa naprawdę głośno i potrafią one trwać godzinami. Niesamowite jest obserwowanie, jak szybko migają kostki i pionki i w jakim tempie gracze podejmują decyzje co do kolejnych ruchów, wzbudzając przy tym spore emocje gapiów i głośne dyskusje.
Jak już wspomniałam, w nardi grają mężczyźni, jednak jakimś cudem raz i ja zostałam dopuszczona to tej rozrywki, co jak sądzę było najwyższym możliwym wyróżnieniem. Co gorsza, chyba na zasadzie "szczęścia początkującego" rozgrywka poszła mi znacznie lepiej niż przeciwnikowi, co wzbudziło sporo śmiechów i komentarzy.
W każdej co większej gruzińskiej wiosce znajduje się bardzo charakterystyczny pomnik- pomnik bohaterów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (dla wyjaśnienia: w terminologii radzieckiej Wielką Wojną Ojczyźnianą lub Narodową nazywano tę część II wojny światowej, w której ZSRR oficjalnie walczyło już w koalicji antyhitlerowskiej, czyli 1941-1945). W większości przypadków stan pomników jest opłakany, brakuje wielu elementów, gwiazdy i inne dekoracje rdzewieją, otoczenie zarasta chwastami. Niedawno mieliśmy okazję obserwować obchody Dnia Zwycięstwa i nawet wtedy nikt jakoś nie kwapił się z wiązankami pod pomniki, które jak się okazuje są teraz niewygodnym świadkiem nie tak odległych czasów. Cóż za kontrast ze współczesnymi cmentarzami, na których chowa się zmarłych w ostentacyjnym wręcz przepychu i dba o groby do przesady!









Bardzo przypomina mi to sytuację, która miała miejsce w Polsce po upadku poprzedniego systemu- pomniki i cmentarze żołnierzy radzieckich nagle stały się niewygodne i zaczęto je ignorować lub wręcz niszczyć. Bardzo to smutne, szczególnie, że tutaj w Gruzji niepamięcią okrywa się nie "obcych" żołnierzy, ale przede wszystkim swoich własnych. Według oficjalnych statystyk na frontach II wojny światowej, w tym na froncie kaukaskim, walczyło bowiem ok. 700 tys. Gruzinów, a 350 tys. zginęło, co na tamte czasy daje jakieś 10% tutejszego społeczeństwa. Kulminacją było chyba wysadzenie w powietrze pomnika bohaterów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Kutaisi w 2009r., które spotkało się z wielką falą krytyki ze strony Rosji, a o którym przeczytać można TUTAJ - dla wyjaśnienia: oficjalnie pomnik ten zburzono, ponieważ stał w miejscu, gdzie zaplanowano postawienie nowego budynku parlamentu, cóż za przedziwny zbieg okoliczności......
Tak wyglądał pomnik w Kutaisi, (fotografię zapożyczyłam z TEJ strony)
P.S. Ciekawy artykuł dotyczący problematyki rosyjskich cmentarzy za granicą znaleźć można TUTAJ
Wszystkim chyba wiadomo, że Gruzja słynie z wina i jest to chyba jedno z pierwszych skojarzeń, jakie zwykle Polacy mają, gdy mówi się o tym kraju. Rzeczywiście, wybór lokalnych win jest tutaj niesamowity i można je znaleźć w każdym lokalnym sklepie.

Jest wiele firm, jeszcze więcej odmian. Jak się w tym wszystkim nie pogubić? No cóż, nie jestem wielkim znawcą wina, więc testowałam metodą prób i błędów. Mój prywatny ranking przedstawia się następująco: jeśli chodzi o firmy, to zdecydowanie Teliani Valley, a w wersji tańszej ale też niezłej Badagoni. Praktycznie wszystko, co pochodzi z tych firm, jest niezłej jakości i daje się skonsumować bez grymasu obrzydzenia na twarzy. Co do odmian wina, to z białych zdecydowanie polecam Tvishi- półsłodkie, bardzo lekkie i orzeźwiające (oczywiście pod warunkiem, że schłodzone), przyjemnie pije się też wytrawne Tsinandali. Z czerwonych prym jak dla mnie wiedzie Saperavi (wytrawne) oraz Kindzmarauli i Kvanchkhara (oba słodkie), niezłe jest też Pirosmani. No i oczywiście pozostaje jeszcze cała paleta win tzw. "domasznych", czyli wytwarzanych w domowych zakątkach- trafić tu można zarówno na coś przypominające lekko zabarwiony ocet, jak i na prawdziwe "niebo w gębie", ot taka swoista loteria. Co dla niektórych jest bardzo miłe, w Gruzji wino sprzedawane jest nie tylko w tradycyjnych szklanych butelkach, ale także w 3- i 5-litrowych baniaczkach, więc przy większej grupie chętnych koszty degustacji znacznie spadają ;-)



Ku swojemu zdziwieniu już dwa razy natrafiłam na wina gruzińskie także w Polsce i to wcale nie w jakichś specjalistycznych sklepach- raz było to w markecie "Piotr i Paweł", a raz w drogerii "Rossman", choć w tym drugim przypadku wino o nazwie "Gamardżoba" nie wzbudziło mojego zaufania. Pokazuje to jednak, że na smaki Gruzji zamknięte w butelce natrafić można także u nas, a to już bardzo miła wiadomość.
Z winogronowym przemysłem wiąże się jeszcze jeden napitek, czyli gruzińska czacza, mocna wódka wytwarzana ze sfermentowanych skórek winogron, o bardzo charakterystycznym smaku i zapachu. Osobiście nie przypadła mi do gustu, ale znam wielu jej smakoszy zarówno w wersji sklepowej, jak i "domasznej".

Zresztą ogólnie Gruzini lubią pić napoje wysokoprocentowe a tradycyjna zakrapiana biesiada co cały rytuał. Jedzenia na stole nie musi być dużo, ale koniecznie tyle, aby każdy toast zagryzać (choć tradycyjna gruzińska supra to stół uginający się od potraw). Toasty wygłasza się w ściśle określonej kolejności ("za ojczyznę", "za rodzinę", "za przyjaciół", "za kobiety" itd.) i ma do tego prawo jedynie tamada, czyli "głównodowodzący" spotkaniem, najczęściej najstarszy lub ewentualnie najbardziej szanowany mężczyzna w gronie biesiadników. Toasty najczęściej są długie i skomplikowane, a im dłuższa biesiada, tym bardziej wielowątkowe się one stają. Ale co ciekawe, choć Gruzini wina i czaczy sobie nie żałują, rzadko widuje się publicznie ludzi naprawdę "zalanych w trupa"- kwestia przyzwyczajenia, czy może zwyczaju rozciągania picia na długie wieczorne i nocne godziny?
A na koniec delikatne ostrzeżenie- w Gruzji funkcjonuje zjawisko nazwane przez nas "czacza ambush"... a polega to na tym, że pijący tubylcy z ogromną przyjemnością wciągają do swojej rozrywki cudzoziemców. Problem polega na tym, że nazywa się "na jednego", potem jest drugi, potem "Bog trojcu lubit", a później to już idzie z górki.... Ma to swój urok, ale pokonało niejednego mojego znajomego, nie mówiąc już o bardzo intensywnym "syndromie dnia następnego"!
No dobrze, tak naprawdę to nie byliśmy w żadnej grocie, a w gigantycznej jaskini. Jednak wrażenie "królewskości" nasuwało się nieodparcie. Ale może po kolei.....
Już od jakiegoś czasu "czaiłam" się na obejrzenie jaskini Prometeusza (Prometheus Cave) znajdującej się kilkanaście kilometrów od Kutaisi, tuż za miejscowością Tskaltubo. I wreszcie wykorzystując wizytę znajomych jako bodziec do działania, udało mi się tam dotrzeć. Pierwsze wrażenie takie sobie, dużo betonu, śliskie mocno opadające w dól podłoże... ale po przejściu kilkudziesięciu metrów zaczyna się niesamowity bajowy świat nacieków i tworów skalnych. Wszystko uzupełnione jest kolorowymi światłami i lecącą z głośników muzyką klasyczną- nieco to kiczowate, ale w jakiś dziwny sposób pasuje. Całość trasy ciągnie się przez osiem ogromnych komór skalnych (jest ich znacznie więcej, ale reszta nie jest udostępniona zwiedzającym), przy czym każda kolejna olśniewa wymyślnymi kształtami. Na końcu trasy dla chętnych czekają łódki, którymi wypływa się z powrotem na światło dzienne, można też pokonać ten odcinek pieszo (koszt biletu do jaskini to 7 lari, łódki to kolejne 6). Całość zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie, nieporównywalnie większe od wcześniej zwiedzanej jaskini Sataplia (opisanej TUTAJ).





(zdjęcia z jaskini udostępnił elmaciej-dzięki!)
Wizytę w jaskini Prometeusza można też połączyć z krótkim przystankiem w samym Tskaltubo, którego część przypomina nieco opuszczone miasta pokazywane w horrorach. W czasach ZSRR był to słynny i bardzo modny kurort z wodami leczniczymi, który szczycił się 22 ogromnymi kompleksami sanatoriów. Podczas wojen w latach 90-tych osiedlono tam tysiące uchodźców, z których część pozostała do dziś. Obecne podjęto próby przywrócenia miasteczku dawnej świetności, więc na tle szkieletów dawnych sanatoriów powstają powoli nowe hotele i restauracje, widać też prace prowadzone w dawnym parku zdrojowym.
Kolejny już mój
wpis inspirowany jest artykułem prasowym. Otóż TUTAJ wyczytałam właśnie, iż władze Zugdidi
postanowiły definitywnie rozwiązać problem bezdomnych
psów. Projekt jest pilotażowy i
niewykluczone, że zastosują go inne gruzińskie miejscowości. A
co w tym strasznego? Psy postanowiono zastrzelić, a odstrzał prowadzony jest
w biały dzień na ulicach miasta.
Prawdą jest, że problem bezdomnych
psów jest w Gruzji ogromny. Pies jest tutaj
typowym “narzędziem użytkowym”, mieszka na podwórzu i ma szczęście
jeżeli w ogóle jest regularnie karmiony
przez swoich właścicieli. Przez 14 miesięcy mojego mieszkania w Gruzji raptem 3
razy widziałam psa prowadzonego na smyczy i w jakiś sposób ułożonego. Bicie psa
czy rzucenie w niego kamieniem lub patykiem jest na porządku dziennym i dla dzieci jest to jedna z ulubionych zabaw. Wiele psów ucieka i włóczy się po
ulicach, siłą rzeczy rozmnażając się bez
opamiętania, bo sterylizacji tu nikt nie stosuje. Całe stada wygłodniałych, brudnych
i często chorych zwierząt spotkać można dosłownie wszędzie-
w parku, po ulicach miasta, na polach, przy śmietnikach, na targu, bywają też sporym zagrożeniem na
szlakach turystycznych. Część z tych psów jest płochliwa i ucieka na widok
ludzi, ale wiele z nich jest faktycznie agresywnych i niebezpiecznych,
szczególnie gdy poruszają się w grupach. Do chwili obecnej nie
istnieje żaden kompleksowy program radzenia sobie z tym problemem, nie ma
schronisk dla psów (poza prywatnymi “hotelami” gdzie
można oddać swojego zwierzaka na kilka dni na przechowanie, ale korzystają z nich głównie cudzoziemcy).
Oczywiście
trudno się dziwić, ze miasto postanowiło coś z psim
problemem zrobić, ale metoda wydaje mi się naprawdę drastyczna i niehumanitarna.
Jednak aby wypracować inny skuteczny sposób trzeba by
najpierw zasadniczo zmienić tutejsze nastawienie do zwierząt, a na to się raczej nie zanosi…