poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Oranżada z niespodzianką

Nie ma możliwości przyjechać do Gruzji i nie spotkać się z nazwami Zedazeni, Natakhtari czy Zendukali. Reklamy napojów produkowanych przez te firmy spotkać można na każdym kroku i choć większość rodaków zapoznaje się bliżej przede wszystkim z linią piw przez nie produkowanych, to ja zagustowałam głównie w napojach gazowanych nieodmiennie przypominających mi czasy szkolnych sklepików i czerwonej lub żółtej oranżady sprzedawanej w foliowych woreczkach ze słomką. Oranżad tych jest tutaj cała paleta- od moich ulubionych berberysowej i gruszkowej poprzez malinową, cytrynową, waniliową, winogronową, śmietankową aż do nieco dziwnej zielonej estragonowej. Dostępne są w opakowaniach szklanych lub plastikowych, od 0,33 poprzez 0,5 litra, litr aż do 2 litrów. Jednym słowem do wyboru, do koloru. 


Takie reklamy znaleźć można na większości sklepów

W ramach spontanicznej wycieczki krajoznawczej postanowiliśmy odwiedzić choć jedną z miejscowości, w których te pyszności powstają i w ten sposób trafiliśmy do Zedazeni, miejsca położonego o jakieś 20km od Tbilisi (kierunek na Gori, zjazd z autostrady na Saguramo/Zedazeni). Zaczęło się bez niespodzianek, znaleźliśmy bowiem na browar, którego przegapić się nie da, bo leży przy głównej drodze i zajmuje całkiem sporą powierzchnię. 


Browar od frontu.....

... i widziany od góry

A później.... później były już tylko niespodzianki. Pierwszą z nich był widok wielkiego krzyża górującego nad okolicą, o którym na próżno szukać informacji w przewodnikach. Mieliśmy mgliste informacje, iż w Zedazeni znajduje się bardzo malowniczy monastyr, zatem gdy trafiliśmy na drogowskaz z odpowiednim piktogramem, natychmiast za nim podążyliśmy. Uuuuh, jak dobrze, że poruszamy się autem terenowym! Asfalt skończył się za pierwszym zakrętem, droga zaczęła iść ostro pod górę, zrobiło się wąsko i kręto. Lekko zwątpiliśmy, ale głównie z braku możliwości zawrócenia wspinaliśmy się dalej, zerkając z niejaką obawą w dół na strome wąwozy po prawej stronie. Po dobrych 25 minutach takiej jazdy (z przerwą na podziwianie widoku) dotarliśmy wreszcie do miejsca tak dziwnego, że aż trudno je opisać. Owszem, monastyr był- uczciwie mówiąc nie przedstawiał sobą nic szczególnego, jako główną atrakcję oferował co najwyżej ładny widok na okolicę. Jednak obok monastyru było też coś niesamowitego- coś w rodzaju mini osiedla skleconego z byle czego a zbudowanego wokół właśnie tego gigantycznego krzyża, który oglądaliśmy wcześniej z dołu. Ilość świętych obrazów rozwieszonych wszędzie w zestawieniu z wyglądem osób poruszających się w obrębie tej budowli nieodparcie przywodziła na myśl jakąś lekko szaloną sektę i wszystko to razem wyglądało nieco abstrakcyjnie. Po raz kolejny mogliśmy tylko stwierdzić, że Gruzja chyba nigdy nie przestanie nas zadziwiać...


Monastyr jak monastyr.....
Całkiem miło sobie żyją ci mnisi

Krzyż prawie jak na Giewoncie

Widok nieco zaskakujący
Warunki życiowe jakby nieco inne niż te pokazane wyżej
Budka wartownicza? Czy improwizowana kaplica?
Moja skromna znajomość gruzińskiego wskazuje,
że na budce zapisana jest modlitwa do krzyża (???)

Kolejny z dziesiątek krzyży i świętych obrazów

O, właśnie tam na górze byliśmy!


2 komentarze:

  1. Zielona oranżada jest najlepsza!! ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. zielona to chyba estragonowa, o ile dobrze kojarzę?:)

    OdpowiedzUsuń