piątek, 26 lutego 2016

Urodziny bloga

Dzisiaj mijają cztery lata, od chwili, kiedy powstał ten blog. Przez ten czas bardzo się zmienił- tak naprawdę powstał jako opis mojej gruzińskiej rzeczywistości skierowany przede wszystkim do rodziny i znajomych, a jednocześnie był dla mnie okazją do odreagowania różnych aspektów nie zawsze łatwego życia codziennego na gruzińskiej prowincji. Z czasem blog wzbogacił się o wiele tematów i wątków, zyskał też zaskakująco wielu Czytelników. Muszę przyznać, że dzięki pisaniu tego bloga sama także wiele się nauczyłam, poszukując informacji źródłowych wzbogacających moje prywatne obserwacje. Starałam się także ilustrować moje opisy jak największą ilością zdjęć, bo wydaje mi się, że czasem jeden obraz wystarczy za sto słów.


Gruzja już zawsze będzie mi się kojarzyć z mandarynkami rwanymi prosto z drzewa
(a tak przy okazji- to zdjęcie zrobione zostało 2 grudnia!!!)


Ogromnie cieszę się, że blog przetrwał aż tyle czasu i myślę, że dzisiejsza okazja to wspaniała pora na krótkie podsumowanie tego co się tutaj przez te cztery lata wydarzyło.

 Odwiedziliście mnie 160.816 razy- bardzo Wam za to dziękuję!

Najwięcej gości zaglądało na bloga z Polski, przybywaliście także z Niemiec, Hiszpanii, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Ukrainy, Holandii, Stanów Zjednoczonych, Francji, Rumunii, Gruzji, Rosji, Turcji, Szwajcarii, Belgii, Kanady, Włoch, Chin, Tajwanu, Indonezji, RPA i Australii. 

Najbardziej zainteresowały was posty: 
o trudnościach z komunikacją w języku gruzińskim - TUTAJ
o szalonym ruchu drogowym i niesamowitych samochodach - TUTAJ i TUTAJ
o "Paryżu Kaukazu", czyli gruzińskim mieście Kutaisi - TUTAJ
o beztroskim podejściu Gruzinów do ekologii - TUTAJ
o jednej z głównych atrakcji turystycznych, jaką są okolice górskiego Kazbegi - TUTAJ

Dyskutowaliśmy poprzez 406 komentarzy.

Opublikowałam na razie 138 postów, co oznacza, że spotykamy się 3 razy w miesiącu (oczywiście początkowo wpisy pojawiały się znacznie częściej, dopiero z biegiem czasu pojawił się taki rytm). Mam nadzieję, że zechcecie odwiedzać mnie również w nadchodzących miesiącach, bo kolejne posty leżą już w poczekalni. Zapraszam Was bardzo serdecznie- czytajcie, komentujcie, i podpowiedzcie, o czym jeszcze chętnie przeczytacie! 










czwartek, 25 lutego 2016

Tiflisi- serial o Gruzinach dla Gruzinów




W kolejnej edycji akcji "W 80 blogów dookoła świata" przyglądamy się serialom telewizyjnym z różnych zakątków świata. U mnie możecie zobaczyć, czym emocjonują się Gruzini, a w świat seriali z innych krajów zabiorą Was linki umieszczone pod artykułem. Zapraszam!







Kiedy mieszkałam w Gruzji, największym serialowym hitem była tam turecka opowieść o sułtanie i jego haremie, która dosłownie wymiatała z ulic wszystkie gruzińskie kobiety (więcej TUTAJ). Między innymi na fali popularności tego serialu Gruzini postanowili wykorzystać patent na opowieść historyczno-kostiumową i stworzyć własny serialowy przebój. W ten sposób powstało "Tiflisi".



Serialowe logo- ozdobny napis TIFLISI (źródło: internet)


Akcja serialu dzieje się na przełomie XIX i XX wieku w gruzińskiej stolicy. Główne wątki to walka między dwoma bogatymi klanami o pieniądze i władzę w mieście, trzecią stroną konfliktu jest natomiast uboga rodzina próbująca wyzwolić się z wyzysku. Są tu oczywiście zbrodnie, zdrady, nieszczęścia i wielkie miłości, co idealnie wpisuje się w klimat opery mydlanej. Jak na razie powstały dwa sezony "Tiflisi" (2014 i 2015), każdy po 8 odcinków. Tutaj możecie obejrzeć sobie serialowy zwiastun:





Przyznam, że próbowałam obejrzeć pierwszy odcinek pierwszego sezonu (niestety po gruzińsku, bo nie znalazłam nigdzie napisów w żadnym innym języku), ale pomijając kłopoty lingwistyczne, miałam również kłopot z grą aktorską- sceny sztywne aż do bólu i teatralna scenografia mnie pokonały. Fajne są za to kostiumy próbujące odtwarzać historyczny klimat XIX wieku, no i bardzo fajna jest ścieżka dźwiękowa- ale trudno się dziwić, bo gruzińska muzyka broni się w każdych okolicznościach. Posłuchajcie ze mną motywu przewodniego "Tiflisi" okraszonego zdjęciami z planu:





Tak jak już pisałam, ja obejrzałam tylko kawałek pierwszego odcinka. Poczytałam jednak wpisy na forach poświęconych temu serialowi i ogólnie wychodzi na to, że mamy dwa główne nurty- zdecydowanych sympatyków i zdegustowanych krytyków serialu. Co charakterystyczne, wielbicielami są głównie sami Gruzini- królują ich wypowiedzi typu "Scenariusz nie opowiada o prawdziwych postaciach, ale są one jak żywe. Odcinki są ciekawe, dramatyczne, bohaterskie, aktorzy grają naprawdę dobrze i profesjonalnie.",  "Ten serial to wspaniały krok dla Gruzji, jestem z niego dumna.", "Koniecznie obejrzyjcie jeśli jesteście zainteresowani gruzińskim patriotyzmem, mentalnością, bohaterską naturą". Natomiast przeciwnicy nie zostawiają na serialu suchej nitki: "Nigdy w życiu nie byłam tak rozczarowana. Grają tu najlepsi gruzińscy aktorzy, ale postacie nie są w ogóle interesujące, wszystkie są straszliwie cliché", "Każda kolejna scena jest tak źle napisana, że masz ochotę się zabić, a 90% dialogów nie ma żadnego znaczenia", "Aktorzy grają bardzo teatralnie i nie czuje się żadnego przywiązania do postaci".

Wnioskuję zatem, że serial "Tiflisi" tak naprawdę dociera przede wszystkim do serc gruzińskich, co ma sens, bo porusza wątki historyczne i emocje bliskie właśnie Gruzinom. Natomiast dla obcokrajowców może być co najwyżej ciekawostką albo narzędziem pomocnym przy nauce języka gruzińskiego. Gdyby jednak ktoś bardzo chciał obejrzeć całość, oto odpowiedni link do youtube'a:






Tutaj możecie dowiedzieć się  ciekawych rzeczy o serialach z innych krajów:

Austria:
Viennese breakfast: Seriale kryminalne rodem z Austrii
Chiny: 
Biały Mały Tajfun: Chińskie seriale
Francuskie i inne notatki Niki: “Panie na Mogadorze” - pierwszy obejrzany serial francuski
Français-mon-amour: Francuskie seriale
Niemcy: 
Językowy Precel: Najlepsze niemieckie seriale
Tanzania:
Suahili online: Co się ogląda w Kenii i Tanzanii
Turcja:
Turcja okiem nieobiektywnym: Fenomen tureckiego serialu
USA:
Angielski C2: Sheldon i seks
Specyfika języka: Serial z idiomem: Gotowe na wszystko
Język angielski dla każdego: Amerykańskie seriale godne polecenia
Italia... Che meraviglia!: Top 5 włoskich seriali online

 A jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się do nas przyłączyć, zachęcam do zajrzenia na TEGO bloga grupy, a także do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.  

środa, 17 lutego 2016

Tbilisi, czyli gruzińskie Cieplice


Nie, tytuł dzisiejszego posta to wcale nie żart. Nazwa gruzińskiej stolicy naprawdę pochodzi od słowa "tbili"- "ciepły", zatem w lekko dowolnym tłumaczeniu spolszczone Tbilisi to nic innego jak Cieplice. A wiecie skąd taka nazwa? 


"Tbilisi- miasto, które Cię kocha", taki napis wita nas na lotnisku

Jest kilka wersji legendy o powstaniu Tbilisi (gruz. თბილისი). Jedna z nich mówi, że około roku 500 król Vakhtang I Gorgasali wybrał się na polowanie w gęstych lasach, które porastały tę część kraju. W pewnym momencie trafił strzałą jelenia, który próbując dalej uciekać wpadł do pobliskiego źródła. Ku zdziwieniu wszystkich jego rana została w tym źródle uzdrowiona i jeleń zniknął w lesie. Według innej legendy król polował z sokołem, który w pewnym momencie zniknął mu z oczu. Po dłuższych poszukiwaniach okazało się, że sokół upolował bażanta, jednak ptaki stoczyły śmiertelną walkę, w której oba osłabły i wpadły do gorącego źródła, gdzie się ugotowały. W obu wersjach legendy król tak zachwycił się mocą gorących źródeł, że nakazał obok nich zbudować miasto, nazywając je właśnie Tbilisi.



Pomnik króla Vakhtanga I Gorgasali w Tbilisi


Niezależnie od tego, ile prawdy jest w tych legendach, faktem jest, że Król Vakhtang Gorgasali istniał naprawdę, a jego syn przeniósł stolicę z pobliskiej Mcchety właśnie do Tbilisi (o Mcchecie więcej TUTAJ). Wracając do gorących źródeł- dowodem na ich istnienie są funkcjonujące do dziś łaźnie z wodami siarkowymi w centrum Tbilisi (Abanotubani). Są one spuścizną po tureckich mieszkańcach miasta i ich rytualnych hamam, obecnie jednak mają prywatnych gruzińskich właścicieli i oferują różne rodzaje atrakcji niekoniecznie związanych z tradycjami orientu. Można tu wynająć kabiny prywatne lub zadowolić się tańszą, zbiorową opcją. Oczyszczającą kąpiel z użyciem szorstkich gąbek można poprzedzić wizytą w saunie lub masażem, trzeba jedynie uodpornić się na charakterystyczny siarkowy zapach.


Tbiliskie "banie"
 


Charakterystyczne kopuły w stylu tureckim
 
Wizyta w łaźni to jedna z wielu atrakcji pobytu w Tbilisi


















Oczywiście Tbilisi to znacznie więcej niż tylko gorące źródła i dawne legendy. Ale to już materiał na całkiem inny artykuł... Dlatego o tym, co jeszcze zobaczyć można (i trzeba!) w gruzińskiej stolicy, będziecie tu mogli poczytać już niedługo.

środa, 10 lutego 2016

Trochę straszno, trochę śmieszno....

W ramach kolejnego projektu KLUBU POLKI NA OBCZYŹNIE w lutym i marcu dzielimy się na zmianę pomysłami, jak przetrwać zimę w obcym kraju oraz śmiesznymi i strasznymi opowieściami z miejsc, w których przyszło nam przebywać. Wczoraj Karolina opowiadała o zimie w Meksyku (TUTAJ), a dzisiaj przyszła kolej na moją gruzińską anegdotę. Tak naprawdę nie wiem, czy zakwalifikować ją do kategorii wydarzeń mrożących krew w żyłach, czy śmiesznych- oceńcie sami!


Wiele razy opisywałam już sytuację panująca na gruzińskich drogach i specyficzne podejście tubylców do zasad ruchu drogowego (na przykład TUTAJ czy TUTAJ), więc w końcu stało się to, co kiedyś stać się musiało, a mianowicie zaliczyłam stłuczkę. Cała historia wyglądała tak:

Jadę sobie spokojnie po mieście swoim pasem, dojeżdżam do skrzyżowania, mam zielone, a tu nagle wielkie bummmmm..... i widzę po swojej prawej stronie fruwające kawałki czegoś kolorowego. No pięknie. Co się stało? Jadący po sąsiednim pasie ruchu taksówkarz postanowił ni z tego ni z owego zatrzymać się i  z lewej strony wypuścić pasażera, oczywiście nie patrząc, że ma na swojej wysokości inny samochód. Efekt? Jego auto ma mocno wygięte drzwi i wielkie wgniecenie, moje auto pozbyło się prawego przedniego światła, prawego lusterka i uzyskało szereg błękitnych zarysowań i wgnieceń na całej długości. Cud, że wysiadający wyszedł z tego bez żadnych kontuzji.


 



Słabo mi się zrobiło, bo oczami wyobraźni już widziałam człowieka rozsmarowanego na mojej masce samochodu. Cała roztrzęsiona wysiadam. I tu zaczyna być niefajnie. Otoczona zostaję przez tłum co najmniej kilkunastu Gruzinów wrzeszczących, że to oczywiście moja wina. Dlaczego moja? A bo "kobieta za kółkiem" czyli na pewno moja. Hm, ciekawa teoria. Gdybym nie była tak bardzo zestresowana, to już w tym momencie zaczęłabym się histerycznie śmiać. Najlepszy jest jednak taksówkarz, który zaczyna się wykłócać o to, kto jest winny całej sytuacji. Osłupiałam! Według niego powinnam była stanąć i poczekać aż pasażer wysiądzie. Hm, czyli domyślić się jakimś cudem, że akurat w tym momencie szanowny hrabia będzie otwierał drzwi swojego auta, stanąć na środku drogi blokując ruch i poczekać aż on się oddali. Fakt, że wszystko działo się tuż przy skrzyżowaniu, na którym było zielone światło, zupełnie nie ma dla niego znaczenia- on jest tutejszy, to jest "jego droga" i ja jako cudzoziemka mam się dopasować. Coraz bardziej rosnący tłum jest zdecydowanie po stronie taksówkarza, już oprócz "kobieta za kółkiem" pojawiają się teksty w stylu "na pewno pijana", "pewnie nie ma prawa jazdy" i tym podobne.

Na szczęście udało mi się wezwać policję, która nie dosyć, że zapobiegła linczowi, to jeszcze od pierwszego rzutu oka uznała, że to absolutnie nie moja wina i wzięła szanownego taksówkarza w obroty. I pewnie na tym zakończyłaby się cała sytuacja, gdyby nie jakiś gościu z tłumu, który podszedł do mnie i zapytał, czy może jednak dogadałabym się z panem taksówkarzem i pokryła jego koszty... bo przecież ja jestem cudzoziemką więc na pewno mam ubezpieczenie, a on nie ma (w Gruzji nie jest ono obowiązkowe) i nie będzie go stać na naprawę.... A przecież w sumie to przeze mnie ma zniszczony samochód... W tym momencie już naprawdę pozostał mi tylko śmiech.

Ale na tym cała historia się nie zakończyła. Sześć tygodni później moje auto nadal nie opuściło warsztatu (zadziałało gruzińskie baaaardzo luzackie podejście do terminów), więc klęłam na tę całą sytuację ile wlezie. A tutaj w drzwiach mojego biura staje dzielny Pan Gruziński Taksówkarz (PGT) i wywiązuje się następujący dialog:

(Ja) - Gamardżobat, słucham pana.
(PGT)- Gamardżobat, przyniosłem rachunki.
(Ja) - Ale jakie rachunki?
(PGT)- No za naprawdę mojego samochodu, prawie 600 lari wyszło.
(Ja) - No współczuję, ale czego pan chce ode mnie?
(PGT)- Przecież kolega pani mówił, że przyjdę się dogadać co do pieniędzy, pani mi auto rozbiła, nie mogłem zarabiać przez tyle czasu i jeszcze takie koszty naprawy, pani to musi mi jakoś wyrównać.
(Ja) - Panie, policja stwierdziła, że wypadek był z pana winy, niech się pan cieszy, że moje auto miało ubezpieczenie, bo jeszcze za to musiałby pan zapłacić.
(PGT)- No właśnie- wiem, że moja wina ale pani ma ubezpieczenie, więc dla pani to żaden problem, a kto pokryje moje koszty?

Śmiać się czy płakać? Gruzja chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać ;-)