niedziela, 25 czerwca 2017

Wakacyjny słowniczek z komentarzem


Mam dla Was dzisiaj kolejny wpis z cyklu "W 80 blogów dookoła świata". Wakacyjne wyjazdy tuż przed nami, dlatego postanowiliśmy przybliżyć Wam trochę słownictwa przydatnego w różnych krajach. Ja zapraszam do nauki kilku pojęć po gruzińsku, natomiast na końcu znajdziecie linki do słowniczków z innych krajów.  Serdecznie zapraszam! 


Każdy wakacyjny wyjazd to kontakt z obcym językiem. W niektórych krajach jest łatwiej dogadać się z ludnością tubylczą, a w niektórych nieco trudniej. Jeśli chodzi o Gruzję, to próba opanowania miejscowego języka w kilka dni jest z góry skazana na niepowodzenie, bo zarówno skomplikowany alfabet (więcej TUTAJ), jak i dziwna wymowa niektórych głosek bardzo utrudniają płynną komunikację. Na szczęście Gruzini to bardzo otwarty i wylewny naród, więc mieszanka rosyjskiego, angielskiego i polskiego z reguły świetnie zdaje egzamin podczas krótkiego, wakacyjnego wypadu.

Jednak z myślą o tych, którzy chcieliby zaszpanować krótkim zagajaniem rozmów po gruzińsku, przygotowałam niewielki i bardzo subiektywny słowniczek pojęć mogących przydać się podczas eksplorowania kraju Kartlów.

Zacznijmy od wstępnych grzeczności:

dzień dobry - გამარჯობა (wym. gamardżoba)
co słychać?- როგორ ხარ (wym. rogora har?)
dobrze - კარგად (wym. kargad)
przepraszam - ბოდიში (wym. bodiszi)
bardzo dziękuję - დიდი მადლობა (wym. didi madloba)
dzięki - გმადლობთ (wym. gmadlobt)
nie ma za co- არაფრის (wym. arapris)
tak - დიახ (wym. diah) lub pot. კი (wym. ki)
nie - არა (wym. ara)
jestem Polką/Polakiem - მე პოლონელი ვარ (wym. me poloneli war)

(Pamiętajcie, grzeczności świetnie przełamują lody. Mogą też pomóc w dalszych negocjacjach cenowo-logistycznych, bo pokazują, że "kumaci" z Was turyści! Natomiast argumentem polskości zdobyć możecie za to serca bazarowych babuszek i miejscowych "twardych chłopów", bo co do zasady Gruzini przecież nas kochają ;-) - za co? więcej TUTAJ.)

Teraz słowa absolutnie niezbędne:

piwo - ლუდი (wym. ludi)
wino - ღვინო (wym. ghvino)
wódka (gruzińska) - ჩაჩა (wym. czacza)
okrzyk przy wznoszeniu toastu - გაუმარჯოს (wym. gaumardżos)
ile kosztuje? - რა ღირს (wym. ra ghirs?)

(Dla uzyskania efektu wielokrotności powyższe słówka zestawić możecie z liczbami, które znajdziecie TUTAJ. Oczywiście pokazanie odpowiedniej ilości palców spełni taką samą rolę!).

W relacjach damsko-męskich przydatne będą:

Jak się nazywasz? - რა გქვია (wym. ra gkvia?)
nazywam się... - მე მქვია (wym. me mkvia)
mój mąż - ჩემი ქმარი (wym. czemi kmari)
moja żona - ჩემი ცოლი (wym. czemi coli)
dziewczyna - გოგო (wym. gogo)
chłopak - ბიჭი (wym. biczi)
chodź! - მოდი (wym. modi!)

(Dla kobiet- zawsze, ale to zawsze mówcie, że facet, z którym podróżujecie to wasz mąż. Nigdy chłopak albo kolega- zawsze mąż. Jeśli podróżujecie same, to też zawsze mówcie, że macie męża. Faceci mogą za to mówić co chcą, bo ich problemy z namolnymi gruzińskimi samcami dotyczyć nie będą. Ostatnie słówko jest małym bonusem, może spotkacie kogoś nieśmiałego i zechcecie go przywołać?)

Z kolei na gruzińskich szlakach i drogach przydadzą się takie wyrażenia:

gdzie? - სადაც (wym. sadac)
w prawo - მარჯვნივ (wym. marżvniv)
w lewo - მარცხნივ (wym. marcchniv)
prosto - სწორი (wym. scori)
zamknięte - დახურულია (wym. dahurulia)
krowa - ძროხა (wym. dzroha)

(To ostatnie słowo w zestawieniu może zbudzić pewne zdziwienie, ale nie znalazło się tutaj przypadkiem. Bo jak chcecie wytłumaczyć w sytuacji kryzysowej, że na drogę wybiegła Wam krowa i nie zdążyliście wyhamować? Z tematem gruzińskich "świętych krów" proponuję zapoznać się TUTAJ)

I jeszcze na koniec dwa wyrażenia mogące uratować życie (a przynajmniej żołądek):

bez kolendry - ქინძის გარეშე (wym. kindzis gareszi)
mam uczulenie na kolendrę - ქინძზე ალერგია მაქვს (wym. kindze alergia makvs)

(Zrozumiecie i podziękujecie mi za to, gdy siądziecie przy suto zastawionym gruzińskimi potrawami stole, który pachniał będzie kolendrą. Tylko kolendrą. Ogromną ilością kolendry. Trzeciego dnia pobytu w Gruzji przestaniecie czuć cokolwiek innego!) 


Po jakiś czasie w Gruzji zaczniecie marzyć o takim, jakże wymownym tatuażu....



Tutaj możecie zajrzeć do słowniczków z innych krajów:


Austria:
Viennese Breakfast: Austriackie góry i jeziora dobre na wakacje - mini słowniczek
Chiny: 
Biały Mały Tajfun: Różowe wspomnienie
Finlandia:
Suomika: Wakacyjne słownictwo po fińsku
Finolubna: Loma, loma, loma!
Francja: 
Moja Alzacja: Słoneczne wyrażenia i idiomy na lato oraz parę wakacyjnych inspiracji 
Demain,viens avec tes parents!: Pakujemy walizkę!
Francuskie notatki Niki: Wakacyjna dialektyka
Hiszpania:
Hiszpański dla Polaków: Hiszpańskie słówka, które przydadzą Ci się w wakacje
Irlandia:
W krainie deszczowców: Wakacje po irlandzku
Japonia:
Japonia-info.pl: Japońskie wakacyjne słownictwo
Niemcy:
Niemieckie po ludzku:  Wakacyjne słownictwo
Niemiecki w Domu: Słownictwo wakacyjne po niemiecku
Rosja:
Blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim: Wakacyjne fiszki
Szwecja:
Szwecjoblog: Semester semestrowi nierówny, czyli szwedzkie wakacyjne słownictwo
Turcja:
Turcja okiem nieobiektywnym: Słowa, które warto znać w Turcji
Wielka Brytania: 
Angielski C2: W 80-blogów i konkurs
Englishake: Angielski na wakacje - sytuacje kryzysowe [z przymrużeniem oka] 
English at Tea: Rozmówki wakacyjne
Włochy:
Studia, parla, ama: 10 wakacyjnych słówek

Jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się do nas przyłączyć, zachęcam do zajrzenia na TEGO bloga grupy, a także do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.  


wtorek, 6 czerwca 2017

Pięć etapów mojego związku z Gruzją


Dzisiejszy wpis jest elementem "projektu letniego" Klubu Polki na Obczyźnie, podczas którego zastanawiamy się, jak zmieniało się z upływem czasu postrzeganie przez nas kraju, do którego zaprowadził nas los. Cały projekt śledzić możecie na stronie Klubu TUTAJ.






Kiedy dzisiaj myślę o tym, jak wyglądało moje nastawienie do Gruzji, jestem w stanie zdefiniować pięć etapów tego niełatwego związku.

Najpierw było ZASKOCZENIE
Przed moim wyjazdem, w 2011 roku, Gruzja nie była jeszcze krajem tak modnym wśród naszych rodaków jak obecnie, i znalezienie wiarygodnych materiałów na jej temat było dosyć trudne. Kojarzyły mi się telewizyjne relacje z nie tak wtedy odległej "wojny pięciodniowej" (2008), oprócz tego wiedziałam jeszcze, że w Gruzji leży "herbaciane Batumi", stolicą kraju jest Tbilisi, a na ulicach chyba rosną palmy. O regionie Samegrelo i mieście Zugdidi nie znalazłam prawie żadnych materiałów i do Gruzji ruszyłam uzbrojona jedynie w informację, że jest to 50-tysięczne miasteczko w zachodniej części kraju. A na miejscu... naprawdę, nic nie przygotowało mnie na tabuny krów, psów i świń chodzących dosłownie wszędzie, na ekstremalnie niebezpieczny lokalny styl jazdy, na domy bez ogrzewania, na brak podstawowych (w mojej ówczesnej opinii) produktów spożywczych, na ogromne różnice w mentalności.... 

50-tysięcznie miasto... serio?????


Potem pojawiła się NIECHĘĆ
Pewnie wszystko byłoby inaczej, gdybym do Gruzji trafiła wiosną i mogła swobodnie po niej podróżować, bo o tej porze roku kraj ten jest absolutnie zachwycający. Niestety, trafiłam tam w styczniu. Bardzo szybko przekonałam się, że śnieg i chłód w połączeniu z wilgotnym powietrzem potrafią odebrać całą energię i radość życia. Większość Gruzinów hibernuje się na czas zimy lub spędza ją przy kuchennym nagrzanym piecu, ja niestety nie miałam takiego luksusu i z zimnego mieszkania po częściowo roztopionej brei śnieżno-wodnej przemieszczałam się do zimnych biur i zimnych knajp. W dodatku szybko robiło się ciemno, więc odpadały samotne wyprawy, a bardzo często opady śniegu i deszczu powodowały braki prądu (z kolei brak prądu równał się brakowi grzejnika-jedynego dostępnego w tamtym czasie źródła ciepła) i brak jedynej mojej rozrywki- internetu.
Zimno nie było jedynym problemem, pojawiły się kłopoty z gruzińskimi samcami-macho, z ekstremalnie głośnymi i przyjacielskimi sąsiadami, a później totalna frustracja na pełnych śmiertelnych pułapek gruzińskich drogach, gdzie długo nie mogłam się odnaleźć w roli kierowcy. Kolejną porażką okazały się próby negocjacji z właścicielami wynajmowanych przeze mnie mieszkań- słynny obowiązujący w Gruzji GMT (Georgian Maybe Time) sprawiał, że nawet najbardziej niezbędne naprawy następowały po milionowym ponagleniu albo wcale... Lokalni sprzedawcy widzieli w nas "żyły złota" i próbowali naciągać na czym się da, podobnie wyglądał problem z każdą próbą skorzystania z taksówki. W dodatku na horyzoncie pojawiły się w ilości hurtowej żyjątka typu skorpiony i karaluchy, a pogoda z lodowato zimnej stała się dosłownie z dnia na dzień  ekstremalnie tropikalna....


Zima 2012- a miały być palmy i tropiki....


Kolejnym etapem było ZAFASCYNOWANIE
Moje nastawienie powoli jednak ulegało poprawie i po ponad roku stwierdziłam wreszcie, że Gruzja ma swoje dobre strony i w sumie da się lubić. Zdążyłam już zrozumieć gruzińską rzeczywistość (niekoniecznie pokochać, ale przynajmniej zrozumieć, dlaczego jest, jak jest), poznać wiele osób, przestałam czuć się tak bardzo obco. Nauczyłam się ignorować miejscowych macho i rozprawiać z bezczelnymi taksówkarzami czy sprzedawcami. Miałam już "swoje" panie na bazarze, "swoje" knajpki i swoje ulubione miejsca nad pobliskim morzem. Podjęłam lekcje gruzińskiego, znalazłam sporo okazji do podróży po kraju i obejrzenia jego najciekawszych zakątków. Poznałam naprawdę dobrze najbliższą okolicę i śmigałam po niej autem lepiej niż niejeden tubylec. Nauczyłam się tak wszystko planować, żeby uwzględniać codzienne niedogodności w stylu wielogodzinnego braku wody czy prądu, przestały mnie irytować wrzaskliwe odgłosy ulicy, metodą prób i błędów odkryłam całą paletę gruzińskich win i kilka przepysznych potraw. Zafascynowała mnie gruzińska muzyka, śpiew i taniec, zagłębiłam się w historię kraju, poczułam pewnie.

Dlaczego, ach dlaczego nie przyjechałam do Gruzji na wiosnę???


Po jakimś czasie przyszło ZNUŻENIE
Cóż, nawet najsmaczniejsze chinkali i najpiękniejsze góry kiedyś w końcu się znudzą, jeśli nie ma się dla nich alternatywy. Po kolejnym roku przyszedł moment, gdy obficie okraszone kolendrą gruzińskie jedzenie zaczęło mi wychodzić dziurkami od nosa, a na wino nie mogłam już patrzeć. Zwiedzane po raz setny (z kolejnymi gośćmi) jaskinie, skalne miasta i monastyry straciły swój urok, a do głosu coraz mocniej wracały wszystkie drobiazgi opisane w fazie drugiej. Znowu zaczęły mnie irytować krzykliwość i wścibskość Gruzinów, a męczyć konieczność poruszania się po drogach użytkowanych przez setki wariatów. Wypełnione intensywną pracą dni zaczęły się zlewać w jeden ciąg, część znajomych wyjechała, a ja już nie czułam energii ani chęci rozpoczynania kolejnego procesu "oswajania".  Moja gruzińska historia zatoczyła krąg i w chwili wyjazdu nie czułam ani żalu, ani potrzeby powrotu.


Nie samymi chinkali człowiek żyje...


A teraz? Czuję głównie SENTYMENT
Nie sądziłam, że tak będzie, ale nadal interesuję się tym, co gruzińskie. Dosyć regularnie czytam lokalne newsy, oglądam zdjęcia, zaglądam do internetowych relacji. Co zabawne, pracując później w Turcji, trafiłam na szefa- Gruzina i moje doświadczenia z jego kraju sprawiły, że byłam w stanie wczuć się w jego sposób pojmowania świata i rozumieliśmy się wręcz genialnie.
Nie czuję do Gruzji miłości ani tęsknoty, ale odczuwam duży sentyment, bo w tym kraju wiele się nauczyłam- o świecie i o sobie. Był dla mnie szkołą pokory i samodzielności, nauczył mnie cierpliwości, a przede wszystkim pozwolił docenić to, co mam na co dzień w Polsce, a co wcześniej traktowałam jako oczywiste.

Takie kościółki o charakterystycznym kształcie do dziś budzą we mnie sporty sentyment....


czwartek, 1 czerwca 2017

Odrobina luksusu


Okres urlopowo-wakacyjny zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nim rośnie ilość informacji i wpisów o możliwościach wypoczynku w Gruzji. Zauważyłam jednak ciekawą prawidłowość- w polskich mediach niepodzielnie króluje obraz Gruzji siermiężnej, będącej celem wypraw wyłącznie dla turystów z plecakami, namiotami i umiłowaniem do nocowania w niskobudżetowych hostelach. Oczywiście, tanie podróżowanie jest ulubioną opcją większości turystów (też je lubię, to chyba oczywiste!). Jednak dla zrównoważenia obrazu gruzińskiej turystyki postanowiłam poświęcić kilka słów tym bardziej luksusowym miejscom wypoczynku.

A zatem- czy Gruzja to tylko hostele i tanie prywatne kwatery? Nie, nie i jeszcze raz nie. Jeśli podróżujemy służbowo lub turystycznie mając fundusze na hotele z nieco wyższej półki, główne gruzińskie miasta zaspokoją nasze potrzeby bez problemu. W Tbilisi funkcjonują hotele praktycznie wszystkich znanych sieci (nie chcę szerzyć kryptoreklamy, więc ich tu nie wyliczę, wystarczy poszukać w internecie), a standard obsługi w niczym nie ustępuje "światowemu" (no, chyba że chodzi o jedzenie, bo z europejskim stylem tworzenia potraw Gruzini mają wieczny problem... ale w końcu kto rozsądny będąc w Gruzji domaga się norweskiego łososia czy sznycla po wiedeńsku!). Prawdziwy boom hotelowy przeżywa Batumi, gdzie ogromne cztero- i pięciogwiazdkowe hotele o fantazyjnych kształtach zajęły już całe centrum i rozrastają się wzdłuż  bulwaru. I o ile w Tbilisi nowoczesne hotele stanowią głównie zaplecze konferencyjne, te w Batumi budowane są najczęściej z myślą o wczasowiczach i miłośnikach nadmorskich uciech. 


Jeden z tbiliskich Marriottów


Jeden z sieciowych hoteli w Batumi


Moje dwa ulubione hotele "wysokobudżetowe" nie znajdują się jednak w żadnej z wyżej wspomnianych miejscowości. W sumie ulokowane są dosyć kontrastowo- bo jeden w górskiej Stepancmindzie, a drugi w nadmorskim Kobuleti. I jak to z hotelami tej klasy bywa, oba mają baseny, różnorodną kuchnię, niezły wybór alkoholi, miły dla oka wystrój, wygodne ogromne łoża, uśmiechniętą obsługę...W Stepancmindzie dodatkową atrakcją jest widok z okien- budzący się o poranku ze snu kościółek Cminda Sameba podziwiany z tarasu owianego zapachem kawy (lub alternatywnie z hotelowego basenu!) to coś, czego nie sposób zapomnieć. Podobny efekt "wow" daje zachód słońca podziwiany z balkonu hotelu w Kobuleti. Dla mnie właśnie ten hotel stał się rodzajem długo wyczekiwanej nagrody- gdy już bardzo, bardzo dopiekała mi lodowata wilgoć i beznadzieja gruzińskiej zimy, szukałam tam krótkiego azylu, pluskając się w basenie (uwielbiam pływać i zimą był to luksus sam w sobie!), delektując naprawdę smacznym jedzeniem i rozkoszując normalnie działającym ogrzewaniem, jednym słowem- podładowując baterie na wiele następnych tygodni. Co zabawne, w ogromnym 6-piętrowym hotelu zdarzało mi się być jedną z pięciorga czy siedmiorga gości!


Stepancminda: 

Ten podłużny kształt to właśnie Rooms Hotel w Stepancmindzie

Tak wygląda jego lokalizacja w nieco szerszej perspektywie

Taras

Basen z widokiem na góry

Sala ogólna- czytelnia i jadalnia w jednym

Widok z balkonu o świcie

Cminda Sameba budzi się o poranku


Kobuleti:

Mam ogromny sentyment do hotelu Georgia Palace w Kobuleti

Mój mały raj- basen odkryty, a tuż w budynku obok czynny przez cały rok basen kryty

 
Tyle słońca....


Romantyczny widok na zakończenie dnia

Pożegnanie dnia...

W maju czy październiku plażę ma się tylko dla siebie


Tak, wiem, tego typu hotele wymagają raczej zasobnego portfela. No i nie są "gruzińskie", nie mają lokalnego klimatu, aż kapią od komercji i  szpanu. I tak, zgadzam się, wakacje można przeżyć równie fajnie mieszkając w pensjonacie czy namiocie- będzie tak samo pięknie, tak samo przyjemnie i na pewno dużo taniej. Każdy jednak lubi co innego. Kurortowe hotele w Hiszpanii czy Turcji co sezon pękają w szwach, choć z lokalnym klimatem nie mają wiele wspólnego. Nikogo nie zamierzam namawiać na spędzanie wakacji w takim czy innym miejscu. Chcę tylko pokazać, że takie miejsca są też w Gruzji i nie jest to już wyłącznie kraj dla "backpackersów".