piątek, 29 stycznia 2016

Gruzini tańczą na lodzie... i nie tylko


Karnawał w pełni, naszła mnie zatem, ochota na pooglądanie przepięknych gruzińskich tańców. Ale ponieważ jakiś czas temu pokazywałam już Wam urywki tańców tradycyjnych (więcej TUTAJ), dzisiaj przyszła pora na "wariacje na temat", czyli tańce gruzińskie w różnej nietypowej scenerii. Zacznijmy od klimatów zimowych i gruzińskich chłopaków szalejących na śniegu (na szczególną uwagę zasługują futrzane nogawice w stylu yeti!):


 
 
 
 
A tutaj inne zimowe szaleństwo, czyli tańce na lodzie. Jak dla mnie- rewelacja!
 
 
 
Jeśli nadaj czujecie niedosyt, to zapraszam na gruziński taniec na ringu:
 
 
 
 
I jeszcze mieszanka klasyki ze stylem nowoczesnym, czyli pełen energii filmik reklamujący górski rejon Racza. Nogi same rwą się do tańca!!!
 







 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Jedzonko cz. 4 - Orzechowe desery





Dzisiejszy post to kolejny wpis z cyklu "W 80 blogów dookoła świata". Tym razem opowiadamy o naszych ulubionych deserach z różnych krajów. U mnie możecie poczytać o gruzińskich deserach wykorzystujących orzechy laskowe, a w inne miejsca na kuli ziemskiej zabiorą Was linki umieszczone pod artykułem. Zapraszam!







Kuchnia gruzińska słynie z dobrego jedzenia, ale akurat w deserach się nie specjalizuje. Tutejsze słodkości bazują głównie na tym, co w Gruzji rośnie naturalnie, czyli na produktach z winogron uprawianych w prawie całym kraju (więcej TUTAJ) i z orzechów laskowych uprawianych głównie w Megrelii (więcej TUTAJ). Sztandarowym rdzennie tubylczym przysmakiem jest "gruziński snickers", czyli czurczkhela, łączący w sobie te dwie rzeczy, bo powstający poprzez zalanie orzechów skondensowanym gęstym syropem winogronowym i wysuszenie ich w formie przypominającej sople.




Czurczkhela prosto ze straganu (foto by elmaciej)


O czurczkheli słyszał chyba każdy, kto ma coś wspólnego z Gruzją, mało jednak kto wie, czym jest mój ulubiony gruziński deser, czyli gozinaki. W skrócie- gozinaki to straszliwa bomba kaloryczna produkowana z pozbawionych łupin i pokrojonych na małe kawałki orzechów laskowych, które następnie praży się na patelni z masłem, miodem i cukrem. Uzyskaną masę rozwałkowuje się na średniej grubości placki, studzi i kroi w fantazyjne kształty. Niestety nie można jej skosztować zbyt często, bo gozinaki tradycyjnie podaje się jako deser w Nowy Rok i Boże Narodzenie. Ja sama nigdy tej słodkości nie przygotowywałam, ale częstowała mnie nią moja gruzińska gospodyni i natychmiast orzechowe ciasteczka uzyskały numer jeden na liście moich ulubionych gruzińskich deserów.



Świąteczno-noworoczne gozinaki 2014


Inny przepyszny gruziński deser wykorzystujący orzechy laskowe to nieco pracochłonna muraba z czereśniami. Jej przygotowanie przypomina nieco robienie dżemu- duże czereśnie należy pozbawić ogonków i delikatnie wydrylować, a w miejsce pestek włożyć kawałki orzechów laskowych. W garnku przygotowuje się syrop z podgrzanego cukru rozpuszczonego w wodzie, a następnie wrzuca się do niego owoce i trochę wanilii. Mieszankę trzeba mocno podgrzać, a potem można ją albo ostudzić i zjeść od razu, albo zapakować do słoików i wykorzystywać później do ciast. Deser pierwsza klasa!


Muraba- efekt końcowy (foto ze strony georgianrecipes)



Tutaj możecie poczytać o pysznych deserach z innych krajów:

Chiny: 
Biały Mały Tajfun: Yunnańskie desery
Francja: 
Français-mon-amour: Francuskie słodkości
Francuski przez Skype: Słodki Paris 
Niemcy: 
Niemiecki po ludzku: Ulubiony deser
Językowy Precel: Niemieckie desery i ciasta
Rosja:
Blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim: Desery najbardziej popularne w Rosji
Tanzania:
Suahili online: Ulubiony tanzański deser
Turcja:
Tur-tur blog: Mój ulubiony turecki deser
Turcja okiem nieobiektywnym: Kraina lodów
USA:
Specyfika języka: Amerykańskie pączki z dziurką
Wielka Brytania
Angielska herbata: Słodka kwintesencja brytyjskiej sztuki kulinarnej  
Włochy: 
Studia,parla,ama: Słodko, coraz słodziej


A jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się do nas przyłączyć, zachęcam do zajrzenia na TEGO bloga grupy, a także do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.  




piątek, 15 stycznia 2016

Lodowi giganci

Styczeń! Zima, zima, zima, pada, pada śnieg.... aż chciałoby się zanucić.... ale nic z tego, w Polsce jak na razie śniegu jak na lekarstwo. Za to dziś o poranku padający w nocy deszcz zamienił krajobraz w jedno wielkie lodowisko. I od razu naszły mnie gruzińskie wspomnienia z pewnej zimowej przygody, której zdecydowanie nie polecam... zatem ku przestrodze!

W okresie zimowym dosłownie co kilka dni na gruzińskich portalach informacyjnych przeczytać można o samochodach, które utknęły gdzieś na trasie w górach Kaukazu z powodu gwałtownych opadów śniegu. O ile zrozumiałe to było dla mnie w odniesieniu do ciężarówek, o tyle nie do końca rozumiałam problem w odniesieniu do samochodów osobowych. Myślałam sobie, że przecież bez przesady, taka trasa to czasem tylko kilka kilometrów, a o nadejściu chmur śniegowych z reguły wiadomo już dużo wcześniej, więc w czym problem... o ja naiwna! Pierwszym dzwonkiem alarmowym była dla mnie niemiła przygoda na przełęczy Rikoti, oddzielającej Gruzję wschodnią od zachodniej (do poczytania TUTAJ). Ale ogrom problemu zrozumiałam dopiero wtedy, gdy sama utknęłam w górach i to w sytuacji wydawałoby się kompletnie pozbawionej ryzyka. Był późny luty, 2014, zima zaskoczyła wtedy wszystkich totalnym brakiem śniegu nie tylko na nizinach, ale nawet w wysokogórskich zimowych kurortach. Wpadliśmy zatem na pomysł krótkiego weekendowego wypadu do Stepancmindy (miejsca, o którym pisałam TUTAJ). Wszystko było pięknie- góry jak zwykle oszałamiające, pogoda lekko mroźna ale sucho, no po prostu ideał. I w takim właśnie nastroju opuszczaliśmy Stepancmindę, zupełnie nie zwracając uwagi na kilka chmurek krążących gdzieś na horyzoncie....



Start w Stepancmindzie- niebo błękitne, tylko kilka chmurek
 
Na trasie chmur zrobiło się jakby więcej
   
 
W pewnym momencie, za pierwszymi tunelami (wynalazkiem, którego strasznie się boję, bo kiepsko w nich z oświetleniem, nawierzchnia bywa różna, zimą z sufitu lecą sople, a latem można się spotkać z krową) odkryliśmy, że niebo zrobiło się jakieś takie podejrzanie szare, ale nadal jeszcze droga wyglądała bardzo zachęcająco. Jednak dwie serpentyny pod górę dalej przestało już być tak super, bo samochód zaczął nieco dziwnie się zachowywać. Ale nadal parliśmy pod górę i do przodu...



Nie cierpię tuneli!!!


Niebo jakieś takie szarawe, ale droga póki co czarna
 
Już za chwilę ta osobówka się podda


















Powoli wspięliśmy się na Przełęcz Krzyżową, mijając na którymś zakręcie osobówkę z bagażami na dachu, która wymiękła (jeszcze nie zrozumieliśmy, dlaczego). Nagle dopadał nas lepka, wstrętna mgła, kompletnie ograniczając widoczność. Na długiej prostej na samym szczycie Przełęczy Krzyżowej postanowiliśmy na chwilę zrobić postój, aby udokumentować pobyt na wysokości 2395 m n.p.m. Zatem zjazd na pobocze, otwarcie drzwi samochodu, wyjście na jezdnię... i wielkie spektakularne bum! Okazało się, że schodząca mgła przymarza przy gruncie i jezdnia jest jedną wielką ślizgawką. Nie było tego widać wcześniej, bo dopóki samochód jechał powoli pod górę, nic złego się nie działo. Teraz jednak stanęliśmy przed wielkim problemem- co robić dalej? Droga jest gładka jak szklanka, temperatura spada, na horyzoncie nikogo, mgła gęstnieje, zaczyna prószyć lekki śnieżek, za jakieś dwie godziny zacznie się robić ciemno... Przemyśleliśmy opcje i uznaliśmy, że czekanie nic dobrego nam nie przyniesie, bo pogoda może być tylko gorsza  i możemy utknąć na dobre. Z potężnym przerażeniem w oczach ruszyłam zatem dalej. Powiem krótko- w życiu się tak nie bałam. Przepiękne na ogół góry Kaukazu stały się nieprzyjaznymi lodowymi gigantami, z którymi w dodatku musieliśmy sobie poradzić sami (bo jazda na tych wysokościach to nie spacerek po mieście i  zdecydowanie nie należy się spodziewać piaskarek ani żadnej innej pomocy). Napęd na cztery koła niewiele jest wart, gdy droga jest wielkim lodowiskiem, a ciężki samochód jadący w dół po górskich serpentynach zaczyna żyć własnym życiem i nawet na pierwszym biegu strasznie przyspiesza, a o nawet delikatnym użyciu hamulców można zapomnieć. Metodą prób i błędów udało mi się wypracować system polegający na jeździe prawymi kołami nieco po żwirowym poboczu, dzięki czemu pojawiła się chociaż śladowa przyczepność, co ratowało nas na zakrętach. Po wlokących się w nieskończoność kilkunastu minutach dotarliśmy w pobliże punktu widokowego, gdzie musiałam na chwilę stanąć i uspokoić rozdygotane nerwy. Kolejne kilka kilometrów do Gudauri pokonywaliśmy jakąś absurdalnie długą ilość czasu- w sumie trasa, którą można normalnie przebyć w 15 minut zajęła nam ponad godzinę. Byliśmy tez ostatnim samochodem, który tego dnia przejechał ze Stepancmindy, już po naszym wyjeździe policja zamknęła mianowicie trasę aż do południa następnego dnia, co w takich warunkach pogodowych jest bardzo częsta procedurą.

Kulminacyjny punkt trasy na Przełęczy Krzyżowej- 2395m n.p.m.


Piękne długie tory lodowe przyprószone śnieżkiem
 


Kręto, ślisko i wysoko w górach- koszmar każdego kierowcy
 
Coś być musi do cholery za zakrętem...
 
Upragniony punkt widokowy, przy którym można się zatrzymać


Widok mało napawający optymizmem
 

Lodowi giganci w otoczce z chmur


Od Gudauri zrobiło się już nieco przyjemniej, choć nadal ślisko


















I to wszystko wydarzyło się, gdy góry były prawie zupełnie pozbawione śniegu, a więc teoretycznie przyjemne i bezpieczne! W sytuacjach "śnieżnych" jest znacznie gorzej, bo może się na przykład zdarzyć tak, jak na zdjęciu poniżej. Dlatego pamiętajcie- jeśli w szeroko pojętym okresie zimowym planujecie wypad w góry, zawsze zostawcie sobie margines czasowy, który pozwoli Wam bezpiecznie dotrzeć do celu (a szczególnie na lotnisko!) w razie niespodzianek.



W drodze do Mestii...
źródło: Facebook