wtorek, 26 czerwca 2012

Zasady kolejkowe

Jednym z elementów dnia codziennego, do których ciężko mi się było w Gruzji przyzwyczaić, są zasady kolejkowe- a właściwie ich brak. Robienie tu zakupów czy załatwianie czegoś w urzędzie potrafi zmęczyć jak niejeden sport ekstremalny. Dlaczego? Otóż w gruzińskim podejściu do rzeczywistości nie ma miejsca na dystans czy dyskrecję. Nie ma też spokojnego oczekiwania na swoją kolej. W gruzińskiej kolejce każdy stara się być pierwszy, co na nasze pojmowanie rzeczywistości przełożyć trzeba jako "wpycha się przed innych". W efekcie zamiast jakiejś rozsądnej linii pojawia się tłum wiszący sobie nawzajem na plecach, oczywiście przy okazji głośny i ciekawski. Nagminne są tutaj sytuacje, gdy kilkoro ludzi czeka przed okienkiem, a nagle ktoś podchodzi z boku i zaczyna załatwiać swoją sprawę. To samo dzieje się w sklepach, ludzie podchodzą do kasy z każdej możliwej strony aby tylko być pierwszymi obsłużonymi. O ile w sklepie nie jest to aż tak uciążliwe, o tyle przy bankomacie czy na lotnisku taka sytuacja naprawdę potrafi podnieść ciśnienie!



sobota, 23 czerwca 2012

Mccheta/Mtskheta/Mzheta/მცხეთა

Jest takie miejsce, które uznać można za obowiązkowy punkt odwiedzin podczas wizyty w Gruzji. Miejscem tym jest Mccheta (მცხეთა), pierwsza gruzińska stolica, której korzenie jako miasta sięgają dalekiej starożytności. Tutaj w 317 roku Gruzja przyjęła chrzest, tutaj chowani byli jej władcy, tutaj swoją siedzibę miał i nadal ma zwierzchnik Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Z mojego punktu widzenia wstydem byłoby nie zajrzeć do tego miejsca z jeszcze jednej prostej przyczyny- leży tuż za Tbilisi, przy głównej drodze w kierunku zachodnim, więc mijam ją za każdym razem w drodze do Zugdidi. 
Pierwsze wrażenie z Mcchety było niestety sporym rozczarowaniem- zamiast urokliwych klimatycznych uliczek rząd domów wyremontowanych "na jedno kopyto" stylem mocno "cepeliowskim"i mnóstwem sprzedawców tzw. pamiątek. Zapewne ktoś uznał, że turyści nie powinni oglądać nieestetycznych starych budynków i zarządził generalny remont, niszcząc przy okazji cały lokalny klimat w głównym punkcie miasteczka. 

Na szczęście przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie, gdy tylko weszliśmy za bramę katedry Sweti Cchoweli. Charakterystyczny żółty piaskowiec i układ typowy dla gruzińskich kościołów dają bowiem uczucie, jakby czas się cofnął. Według legendy to święta Nino wskazała miejsce pod budowę tej najstarszej świątyni w Gruzji. Później kościół był wielokrotnie przebudowywany, a jego obecny kształt pochodzi z XI wieku. Wnętrze katedry jest surowe, ale starannie wykończone, z dbałością o każdy szczegół. Ponieważ nasza wyprawa miała miejsce w początku kwietnia i sezon turystyczny jeszcze się nie rozpoczął, mogliśmy w ciszy i spokoju podziwiać kunszt średniowiecznych budowniczych i malarzy, zaglądając we wszystkie zakamarki. Swoją drogą podobno architekt przebudowujący katedrę słono zapłacił za osiągnięty efekt- władca kazał odciąć mu prawa rękę, aby już nigdy nie mógł stworzyć niczego równie pięknego.









Po wizycie w katedrze przyszedł czas na podziwianie okolicy z ruin twierdzy Bebris Ciche. Twierdza ta powstała w XIII wieku przy głównej drodze prowadzącej z miasta na północ. Obecnie zachowała się już tylko jej niewielka część, ale warto się wspiąć na wzgórze, gdyż roztacza się z niego przepiękny widok na miasto, dolinę rzek Argawi i Mtkwari oraz otaczające je góry.





Ostatnim odwiedzonym przez nas tego dnia miejscem był klasztor Samtavro położony w centralnej części miasta. Z uwagi na nabożeństwa wielkanocne mogliśmy nie tylko obejrzeć klasztor, ale i posłuchać przepięknych śpiewów liturgicznych. Pozostałe atrakcje okolicy musieliśmy niestety zachować na inny raz, gdyż czekała nas jeszcze bardzo długa droga na północny zachód........











niedziela, 17 czerwca 2012

Parasol noś i przy pogodzie

Mijają kolejne tygodnie mojego pobytu w Gruzji i nagle zupełnie innego wyrazu nabrało polskie powiedzenie "Parasol noś i przy pogodzie". Ulice bowiem zaroiły się od parasoli, choć deszczu mamy tu jak na lekarstwo. Przyczyna jest prosta- rozpoczął się już czas szalonych temperatur, który podobno potrwa do końca sierpnia. Słońce jest bezlitosne, pali bardzo ostro i wystarczy kilkadziesiąt minut żeby poczuć bolesne pieczenie na skórze- oczywiście, gdy się je czuje jest już za późno. Dwa dni temu z niedowierzaniem patrzyłam na termometr, który pokazywał 40 stopni (podobno w słońcu było 48, ale nie mam na to dowodu). Miejscowe kobiety używają zatem parasoli aby osłonić się przed tymi palącymi promieniami. Co ciekawe, wiele z nich nie rezygnuje z tradycyjnego czarnego stroju....


Właściwie dla mnie to nie sama temperatura jest tutaj tak wielkim problemem, ale przede wszystkim jej zestawienie z dużą wilgotnością powietrza. Człowiek czuje się cały czas jak w zaparowanym pomieszczeniu, wilgoć oblepia ciało i tworzy nieprzyjemną warstewkę na skórze. Nie trzeba dodawać, że normalne funkcjonowanie i praca w takich warunkach są mocno utrudnione, bo jest się non stop sennym i ciężko się skoncentrować na czymkolwiek innym niż marzeniach o wielkim zimnym basenie..... Testuję więc rozmaite sposoby na przetrwanie i stwierdzić mogę, iż najskuteczniejsze okazały się zakup wiatraka, który przynajmniej trochę miesza powietrze oraz regularne gorące prysznice. Tak, tak- własnie gorące, a nie zimne! Poradził mi to jeden z tutejszych znajomych i postanowiłam uwierzyć mu na słowo, bo w końcu jako "locals" wie, co mówi. I faktycznie, po zimnym prysznicu tuż po wyjściu z łazienki skóra momentalnie od nowa oblewała się potem, a ulga była właściwie żadna. Za to po gorącym prysznicu w momencie wyjścia z łazienki odczuwa się wręcz miły powiew chłodu, a efekt odświeżenia trwa dużo dłużej. Dodatkiem do powyższych sposobów są zimne i gorące napoje stosowane w ilości hurtowej (w szczególności herbata z cytryną) oraz mocno schłodzone świeże ogórki i pomidory prosto z lodóweczki- odkryłam, że cuuuudnie zaspokajają pragnienie (i głód w sumie też, bo sama myśl o gotowaniu mnie odrzuca). Za to jakoś nie mogę zdecydować się na metodę chłodzenia preferowaną przez tutejsze dzieciaki, czyli korzystanie z uroków fontanny ;-)



W takie upały cierpią oczywiście nie tylko ludzie, ale i zwierzęta. Te jednak znalazły swoje sposoby na ochłodzenie- bawoły siedzą w bajorkach, świnie taplają się w błocie i chodzą okryte jego szczelną skorupą, a krowy szukają chłodnych miejsc w rowach. I prawdę mówiąc takim bawołom to chwilami naprawdę zazdroszczę.....

środa, 6 czerwca 2012

Sztuka transportowania

Już dawno nie pisałam na mój ulubiony temat, czyli o gruzińskich zwyczajach na drogach. Pora najwyższa to nadrobić. Dziś będzie o zjawisku, które fascynuje mnie od drugiego dnia pobytu tutaj, a mianowicie o niesamowitych lokalnych sposobach na transportowanie różnego rodzaju ładunku. Z tego, co zdążyłam zaobserwować, poza typowymi wielkimi ciężarówkami budowlanymi i pojazdami firmowymi np. z napojami, właściwie nie istnieją tutaj busy towarowe. Wszystko jeździ marszrutkami, taksówkami i prywatnymi samochodami osobowymi. Meble, sprzęty AGD i wszelkiego innego rodzaju zakupy wielkogabarytowe upychane są w bagażnikach i na dachach oraz mocowane sposobami nierzadko mrożącymi krew w żyłach- a czasami ładunek trzyma się jedynie na zasadzie prawa grawitacji, bo nie jest przymocowany niczym. Czasami zastanawiam się, jakim cudem kierowca takiego pojazdu utrzymuje równowagę na zakrętach i cokolwiek widzi, no ale najwyraźniej w tym szaleństwie jest jakaś metoda. A oto kilka malowniczych przykładów z gruzińskich dróg:











niedziela, 3 czerwca 2012

Rytm dnia

Jedną z rzeczy, do której ciężko mi było się  w Gruzji przyzwyczaić, jest kompletnie odwrócony w porównaniu z naszym rytm dnia. Na czym to polega? Miasto nie budzi się przed godziną 9, ulice pozostają kompletnie puste, o napiciu się „w mieście” kawy lub załatwieniu czegokolwiek przed godz. 9-10 można tylko pomarzyć, bo wszystko wygląda o tej porze jak wymarłe. Umówienie się z kimś na spotkanie przed godz. 10 rano w większości przypadków nie ma najmniejszego sensu, bo równie dobrze mogłabym umawiać się z kimś w Polsce na 6 czy 7. 

Za to wieczorem rozkwita życie towarzyskie, które ciągnie się do późnych godzin nocnych. Zapełniają się ulice, ławeczki i bary. Umówienie się z kimś na godz. 21 jest zupełnie normalne, hałaśliwe grupki zarówno młodzieży jak i starszych odbywają spotkania i pogaduszki przy papierosie nawet do 1-2 w nocy i to właściwie niezależnie od dnia tygodnia.


Według moich obserwacji są dwie przyczyny takiego stanu rzeczy. Pierwszym czynnikiem jest pogoda: zimą późno robi się jasno, a wychodzenie na paskudnie zimną i mokrą ulicę ma sens tylko wtedy, gdy człowiek faktycznie czegoś potrzebuje, natomiast latem dopiero wieczorem zaczyna „odpuszczać” upał, który w ciągu dnia przy dużej wilgotności powietrza odbiera chęć do jakiejkolwiek aktywności. Drugi powód jest znacznie bardziej prozaiczny- w regionie, w którym mieszkam, panuje ogromne bezrobocie. Oznacza to, że rytm dnia nie jest wymuszany żadnymi sztywnymi terminami, bo nie ma się po prostu do czego spieszyć. Stąd też wynika bardzo luźne podejście Gruzinów do kwestii czasu- człowiek, który nie jest ograniczony konkretnym planem dnia, nie widzi problemu w przesunięciu czegokolwiek o pół godziny czy nawet godzinę. 
To samo dotyczy dni tygodnia. Mocno zaskoczyło mnie, iż nie ma tutaj właściwie żadnej różnicy między poniedziałkiem, czwartkiem czy sobotą- tak samo działają sklepy, banki czy bazar. W niedzielę instytucje państwowe są nieczynne, ale handel działa w najlepsze i to do późna.