niedziela, 25 czerwca 2017

Wakacyjny słowniczek z komentarzem


Mam dla Was dzisiaj kolejny wpis z cyklu "W 80 blogów dookoła świata". Wakacyjne wyjazdy tuż przed nami, dlatego postanowiliśmy przybliżyć Wam trochę słownictwa przydatnego w różnych krajach. Ja zapraszam do nauki kilku pojęć po gruzińsku, natomiast na końcu znajdziecie linki do słowniczków z innych krajów.  Serdecznie zapraszam! 


Każdy wakacyjny wyjazd to kontakt z obcym językiem. W niektórych krajach jest łatwiej dogadać się z ludnością tubylczą, a w niektórych nieco trudniej. Jeśli chodzi o Gruzję, to próba opanowania miejscowego języka w kilka dni jest z góry skazana na niepowodzenie, bo zarówno skomplikowany alfabet (więcej TUTAJ), jak i dziwna wymowa niektórych głosek bardzo utrudniają płynną komunikację. Na szczęście Gruzini to bardzo otwarty i wylewny naród, więc mieszanka rosyjskiego, angielskiego i polskiego z reguły świetnie zdaje egzamin podczas krótkiego, wakacyjnego wypadu.

Jednak z myślą o tych, którzy chcieliby zaszpanować krótkim zagajaniem rozmów po gruzińsku, przygotowałam niewielki i bardzo subiektywny słowniczek pojęć mogących przydać się podczas eksplorowania kraju Kartlów.

Zacznijmy od wstępnych grzeczności:

dzień dobry - გამარჯობა (wym. gamardżoba)
co słychać?- როგორ ხარ (wym. rogora har?)
dobrze - კარგად (wym. kargad)
przepraszam - ბოდიში (wym. bodiszi)
bardzo dziękuję - დიდი მადლობა (wym. didi madloba)
dzięki - გმადლობთ (wym. gmadlobt)
nie ma za co- არაფრის (wym. arapris)
tak - დიახ (wym. diah) lub pot. კი (wym. ki)
nie - არა (wym. ara)
jestem Polką/Polakiem - მე პოლონელი ვარ (wym. me poloneli war)

(Pamiętajcie, grzeczności świetnie przełamują lody. Mogą też pomóc w dalszych negocjacjach cenowo-logistycznych, bo pokazują, że "kumaci" z Was turyści! Natomiast argumentem polskości zdobyć możecie za to serca bazarowych babuszek i miejscowych "twardych chłopów", bo co do zasady Gruzini przecież nas kochają ;-) - za co? więcej TUTAJ.)

Teraz słowa absolutnie niezbędne:

piwo - ლუდი (wym. ludi)
wino - ღვინო (wym. ghvino)
wódka (gruzińska) - ჩაჩა (wym. czacza)
okrzyk przy wznoszeniu toastu - გაუმარჯოს (wym. gaumardżos)
ile kosztuje? - რა ღირს (wym. ra ghirs?)

(Dla uzyskania efektu wielokrotności powyższe słówka zestawić możecie z liczbami, które znajdziecie TUTAJ. Oczywiście pokazanie odpowiedniej ilości palców spełni taką samą rolę!).

W relacjach damsko-męskich przydatne będą:

Jak się nazywasz? - რა გქვია (wym. ra gkvia?)
nazywam się... - მე მქვია (wym. me mkvia)
mój mąż - ჩემი ქმარი (wym. czemi kmari)
moja żona - ჩემი ცოლი (wym. czemi coli)
dziewczyna - გოგო (wym. gogo)
chłopak - ბიჭი (wym. biczi)
chodź! - მოდი (wym. modi!)

(Dla kobiet- zawsze, ale to zawsze mówcie, że facet, z którym podróżujecie to wasz mąż. Nigdy chłopak albo kolega- zawsze mąż. Jeśli podróżujecie same, to też zawsze mówcie, że macie męża. Faceci mogą za to mówić co chcą, bo ich problemy z namolnymi gruzińskimi samcami dotyczyć nie będą. Ostatnie słówko jest małym bonusem, może spotkacie kogoś nieśmiałego i zechcecie go przywołać?)

Z kolei na gruzińskich szlakach i drogach przydadzą się takie wyrażenia:

gdzie? - სადაც (wym. sadac)
w prawo - მარჯვნივ (wym. marżvniv)
w lewo - მარცხნივ (wym. marcchniv)
prosto - სწორი (wym. scori)
zamknięte - დახურულია (wym. dahurulia)
krowa - ძროხა (wym. dzroha)

(To ostatnie słowo w zestawieniu może zbudzić pewne zdziwienie, ale nie znalazło się tutaj przypadkiem. Bo jak chcecie wytłumaczyć w sytuacji kryzysowej, że na drogę wybiegła Wam krowa i nie zdążyliście wyhamować? Z tematem gruzińskich "świętych krów" proponuję zapoznać się TUTAJ)

I jeszcze na koniec dwa wyrażenia mogące uratować życie (a przynajmniej żołądek):

bez kolendry - ქინძის გარეშე (wym. kindzis gareszi)
mam uczulenie na kolendrę - ქინძზე ალერგია მაქვს (wym. kindze alergia makvs)

(Zrozumiecie i podziękujecie mi za to, gdy siądziecie przy suto zastawionym gruzińskimi potrawami stole, który pachniał będzie kolendrą. Tylko kolendrą. Ogromną ilością kolendry. Trzeciego dnia pobytu w Gruzji przestaniecie czuć cokolwiek innego!) 


Po jakiś czasie w Gruzji zaczniecie marzyć o takim, jakże wymownym tatuażu....



Tutaj możecie zajrzeć do słowniczków z innych krajów:


Austria:
Viennese Breakfast: Austriackie góry i jeziora dobre na wakacje - mini słowniczek
Chiny: 
Biały Mały Tajfun: Różowe wspomnienie
Finlandia:
Suomika: Wakacyjne słownictwo po fińsku
Finolubna: Loma, loma, loma!
Francja: 
Moja Alzacja: Słoneczne wyrażenia i idiomy na lato oraz parę wakacyjnych inspiracji 
Demain,viens avec tes parents!: Pakujemy walizkę!
Francuskie notatki Niki: Wakacyjna dialektyka
Hiszpania:
Hiszpański dla Polaków: Hiszpańskie słówka, które przydadzą Ci się w wakacje
Irlandia:
W krainie deszczowców: Wakacje po irlandzku
Japonia:
Japonia-info.pl: Japońskie wakacyjne słownictwo
Niemcy:
Niemieckie po ludzku:  Wakacyjne słownictwo
Niemiecki w Domu: Słownictwo wakacyjne po niemiecku
Rosja:
Blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim: Wakacyjne fiszki
Szwecja:
Szwecjoblog: Semester semestrowi nierówny, czyli szwedzkie wakacyjne słownictwo
Turcja:
Turcja okiem nieobiektywnym: Słowa, które warto znać w Turcji
Wielka Brytania: 
Angielski C2: W 80-blogów i konkurs
Englishake: Angielski na wakacje - sytuacje kryzysowe [z przymrużeniem oka] 
English at Tea: Rozmówki wakacyjne
Włochy:
Studia, parla, ama: 10 wakacyjnych słówek

Jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się do nas przyłączyć, zachęcam do zajrzenia na TEGO bloga grupy, a także do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.  


wtorek, 6 czerwca 2017

Pięć etapów mojego związku z Gruzją


Dzisiejszy wpis jest elementem "projektu letniego" Klubu Polki na Obczyźnie, podczas którego zastanawiamy się, jak zmieniało się z upływem czasu postrzeganie przez nas kraju, do którego zaprowadził nas los. Cały projekt śledzić możecie na stronie Klubu TUTAJ.






Kiedy dzisiaj myślę o tym, jak wyglądało moje nastawienie do Gruzji, jestem w stanie zdefiniować pięć etapów tego niełatwego związku.

Najpierw było ZASKOCZENIE
Przed moim wyjazdem, w 2011 roku, Gruzja nie była jeszcze krajem tak modnym wśród naszych rodaków jak obecnie, i znalezienie wiarygodnych materiałów na jej temat było dosyć trudne. Kojarzyły mi się telewizyjne relacje z nie tak wtedy odległej "wojny pięciodniowej" (2008), oprócz tego wiedziałam jeszcze, że w Gruzji leży "herbaciane Batumi", stolicą kraju jest Tbilisi, a na ulicach chyba rosną palmy. O regionie Samegrelo i mieście Zugdidi nie znalazłam prawie żadnych materiałów i do Gruzji ruszyłam uzbrojona jedynie w informację, że jest to 50-tysięczne miasteczko w zachodniej części kraju. A na miejscu... naprawdę, nic nie przygotowało mnie na tabuny krów, psów i świń chodzących dosłownie wszędzie, na ekstremalnie niebezpieczny lokalny styl jazdy, na domy bez ogrzewania, na brak podstawowych (w mojej ówczesnej opinii) produktów spożywczych, na ogromne różnice w mentalności.... 

50-tysięcznie miasto... serio?????


Potem pojawiła się NIECHĘĆ
Pewnie wszystko byłoby inaczej, gdybym do Gruzji trafiła wiosną i mogła swobodnie po niej podróżować, bo o tej porze roku kraj ten jest absolutnie zachwycający. Niestety, trafiłam tam w styczniu. Bardzo szybko przekonałam się, że śnieg i chłód w połączeniu z wilgotnym powietrzem potrafią odebrać całą energię i radość życia. Większość Gruzinów hibernuje się na czas zimy lub spędza ją przy kuchennym nagrzanym piecu, ja niestety nie miałam takiego luksusu i z zimnego mieszkania po częściowo roztopionej brei śnieżno-wodnej przemieszczałam się do zimnych biur i zimnych knajp. W dodatku szybko robiło się ciemno, więc odpadały samotne wyprawy, a bardzo często opady śniegu i deszczu powodowały braki prądu (z kolei brak prądu równał się brakowi grzejnika-jedynego dostępnego w tamtym czasie źródła ciepła) i brak jedynej mojej rozrywki- internetu.
Zimno nie było jedynym problemem, pojawiły się kłopoty z gruzińskimi samcami-macho, z ekstremalnie głośnymi i przyjacielskimi sąsiadami, a później totalna frustracja na pełnych śmiertelnych pułapek gruzińskich drogach, gdzie długo nie mogłam się odnaleźć w roli kierowcy. Kolejną porażką okazały się próby negocjacji z właścicielami wynajmowanych przeze mnie mieszkań- słynny obowiązujący w Gruzji GMT (Georgian Maybe Time) sprawiał, że nawet najbardziej niezbędne naprawy następowały po milionowym ponagleniu albo wcale... Lokalni sprzedawcy widzieli w nas "żyły złota" i próbowali naciągać na czym się da, podobnie wyglądał problem z każdą próbą skorzystania z taksówki. W dodatku na horyzoncie pojawiły się w ilości hurtowej żyjątka typu skorpiony i karaluchy, a pogoda z lodowato zimnej stała się dosłownie z dnia na dzień  ekstremalnie tropikalna....


Zima 2012- a miały być palmy i tropiki....


Kolejnym etapem było ZAFASCYNOWANIE
Moje nastawienie powoli jednak ulegało poprawie i po ponad roku stwierdziłam wreszcie, że Gruzja ma swoje dobre strony i w sumie da się lubić. Zdążyłam już zrozumieć gruzińską rzeczywistość (niekoniecznie pokochać, ale przynajmniej zrozumieć, dlaczego jest, jak jest), poznać wiele osób, przestałam czuć się tak bardzo obco. Nauczyłam się ignorować miejscowych macho i rozprawiać z bezczelnymi taksówkarzami czy sprzedawcami. Miałam już "swoje" panie na bazarze, "swoje" knajpki i swoje ulubione miejsca nad pobliskim morzem. Podjęłam lekcje gruzińskiego, znalazłam sporo okazji do podróży po kraju i obejrzenia jego najciekawszych zakątków. Poznałam naprawdę dobrze najbliższą okolicę i śmigałam po niej autem lepiej niż niejeden tubylec. Nauczyłam się tak wszystko planować, żeby uwzględniać codzienne niedogodności w stylu wielogodzinnego braku wody czy prądu, przestały mnie irytować wrzaskliwe odgłosy ulicy, metodą prób i błędów odkryłam całą paletę gruzińskich win i kilka przepysznych potraw. Zafascynowała mnie gruzińska muzyka, śpiew i taniec, zagłębiłam się w historię kraju, poczułam pewnie.

Dlaczego, ach dlaczego nie przyjechałam do Gruzji na wiosnę???


Po jakimś czasie przyszło ZNUŻENIE
Cóż, nawet najsmaczniejsze chinkali i najpiękniejsze góry kiedyś w końcu się znudzą, jeśli nie ma się dla nich alternatywy. Po kolejnym roku przyszedł moment, gdy obficie okraszone kolendrą gruzińskie jedzenie zaczęło mi wychodzić dziurkami od nosa, a na wino nie mogłam już patrzeć. Zwiedzane po raz setny (z kolejnymi gośćmi) jaskinie, skalne miasta i monastyry straciły swój urok, a do głosu coraz mocniej wracały wszystkie drobiazgi opisane w fazie drugiej. Znowu zaczęły mnie irytować krzykliwość i wścibskość Gruzinów, a męczyć konieczność poruszania się po drogach użytkowanych przez setki wariatów. Wypełnione intensywną pracą dni zaczęły się zlewać w jeden ciąg, część znajomych wyjechała, a ja już nie czułam energii ani chęci rozpoczynania kolejnego procesu "oswajania".  Moja gruzińska historia zatoczyła krąg i w chwili wyjazdu nie czułam ani żalu, ani potrzeby powrotu.


Nie samymi chinkali człowiek żyje...


A teraz? Czuję głównie SENTYMENT
Nie sądziłam, że tak będzie, ale nadal interesuję się tym, co gruzińskie. Dosyć regularnie czytam lokalne newsy, oglądam zdjęcia, zaglądam do internetowych relacji. Co zabawne, pracując później w Turcji, trafiłam na szefa- Gruzina i moje doświadczenia z jego kraju sprawiły, że byłam w stanie wczuć się w jego sposób pojmowania świata i rozumieliśmy się wręcz genialnie.
Nie czuję do Gruzji miłości ani tęsknoty, ale odczuwam duży sentyment, bo w tym kraju wiele się nauczyłam- o świecie i o sobie. Był dla mnie szkołą pokory i samodzielności, nauczył mnie cierpliwości, a przede wszystkim pozwolił docenić to, co mam na co dzień w Polsce, a co wcześniej traktowałam jako oczywiste.

Takie kościółki o charakterystycznym kształcie do dziś budzą we mnie sporty sentyment....


czwartek, 1 czerwca 2017

Odrobina luksusu


Okres urlopowo-wakacyjny zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nim rośnie ilość informacji i wpisów o możliwościach wypoczynku w Gruzji. Zauważyłam jednak ciekawą prawidłowość- w polskich mediach niepodzielnie króluje obraz Gruzji siermiężnej, będącej celem wypraw wyłącznie dla turystów z plecakami, namiotami i umiłowaniem do nocowania w niskobudżetowych hostelach. Oczywiście, tanie podróżowanie jest ulubioną opcją większości turystów (też je lubię, to chyba oczywiste!). Jednak dla zrównoważenia obrazu gruzińskiej turystyki postanowiłam poświęcić kilka słów tym bardziej luksusowym miejscom wypoczynku.

A zatem- czy Gruzja to tylko hostele i tanie prywatne kwatery? Nie, nie i jeszcze raz nie. Jeśli podróżujemy służbowo lub turystycznie mając fundusze na hotele z nieco wyższej półki, główne gruzińskie miasta zaspokoją nasze potrzeby bez problemu. W Tbilisi funkcjonują hotele praktycznie wszystkich znanych sieci (nie chcę szerzyć kryptoreklamy, więc ich tu nie wyliczę, wystarczy poszukać w internecie), a standard obsługi w niczym nie ustępuje "światowemu" (no, chyba że chodzi o jedzenie, bo z europejskim stylem tworzenia potraw Gruzini mają wieczny problem... ale w końcu kto rozsądny będąc w Gruzji domaga się norweskiego łososia czy sznycla po wiedeńsku!). Prawdziwy boom hotelowy przeżywa Batumi, gdzie ogromne cztero- i pięciogwiazdkowe hotele o fantazyjnych kształtach zajęły już całe centrum i rozrastają się wzdłuż  bulwaru. I o ile w Tbilisi nowoczesne hotele stanowią głównie zaplecze konferencyjne, te w Batumi budowane są najczęściej z myślą o wczasowiczach i miłośnikach nadmorskich uciech. 


Jeden z tbiliskich Marriottów


Jeden z sieciowych hoteli w Batumi


Moje dwa ulubione hotele "wysokobudżetowe" nie znajdują się jednak w żadnej z wyżej wspomnianych miejscowości. W sumie ulokowane są dosyć kontrastowo- bo jeden w górskiej Stepancmindzie, a drugi w nadmorskim Kobuleti. I jak to z hotelami tej klasy bywa, oba mają baseny, różnorodną kuchnię, niezły wybór alkoholi, miły dla oka wystrój, wygodne ogromne łoża, uśmiechniętą obsługę...W Stepancmindzie dodatkową atrakcją jest widok z okien- budzący się o poranku ze snu kościółek Cminda Sameba podziwiany z tarasu owianego zapachem kawy (lub alternatywnie z hotelowego basenu!) to coś, czego nie sposób zapomnieć. Podobny efekt "wow" daje zachód słońca podziwiany z balkonu hotelu w Kobuleti. Dla mnie właśnie ten hotel stał się rodzajem długo wyczekiwanej nagrody- gdy już bardzo, bardzo dopiekała mi lodowata wilgoć i beznadzieja gruzińskiej zimy, szukałam tam krótkiego azylu, pluskając się w basenie (uwielbiam pływać i zimą był to luksus sam w sobie!), delektując naprawdę smacznym jedzeniem i rozkoszując normalnie działającym ogrzewaniem, jednym słowem- podładowując baterie na wiele następnych tygodni. Co zabawne, w ogromnym 6-piętrowym hotelu zdarzało mi się być jedną z pięciorga czy siedmiorga gości!


Stepancminda: 

Ten podłużny kształt to właśnie Rooms Hotel w Stepancmindzie

Tak wygląda jego lokalizacja w nieco szerszej perspektywie

Taras

Basen z widokiem na góry

Sala ogólna- czytelnia i jadalnia w jednym

Widok z balkonu o świcie

Cminda Sameba budzi się o poranku


Kobuleti:

Mam ogromny sentyment do hotelu Georgia Palace w Kobuleti

Mój mały raj- basen odkryty, a tuż w budynku obok czynny przez cały rok basen kryty

 
Tyle słońca....


Romantyczny widok na zakończenie dnia

Pożegnanie dnia...

W maju czy październiku plażę ma się tylko dla siebie


Tak, wiem, tego typu hotele wymagają raczej zasobnego portfela. No i nie są "gruzińskie", nie mają lokalnego klimatu, aż kapią od komercji i  szpanu. I tak, zgadzam się, wakacje można przeżyć równie fajnie mieszkając w pensjonacie czy namiocie- będzie tak samo pięknie, tak samo przyjemnie i na pewno dużo taniej. Każdy jednak lubi co innego. Kurortowe hotele w Hiszpanii czy Turcji co sezon pękają w szwach, choć z lokalnym klimatem nie mają wiele wspólnego. Nikogo nie zamierzam namawiać na spędzanie wakacji w takim czy innym miejscu. Chcę tylko pokazać, że takie miejsca są też w Gruzji i nie jest to już wyłącznie kraj dla "backpackersów". 



czwartek, 25 maja 2017

Z czego śmieją się Gruzini ?


 

Dzisiaj witaj Was kolejnym wpisem z cyklu "W 80 blogów dookoła świata". Temat tego miesiąca brzmi "Z czego śmieją się mieszkańcy kraju X".           
W moim artykule opowiem Wam, co bawi Gruzinów, natomiast na końcu znajdziecie linki do opowieści z innych krajów.  Serdecznie zapraszam! 






Z czego śmieją się Gruzini? Wiadomo, najłatwiej śmiać się z sąsiadów. Na takiej samej zasadzie, jak my Polacy opowiadamy kawały o Niemcach lub Rosjanach, Gruzini za cel żartów obrali sobie mieszkańców sąsiedniej Armenii. Między tymi dwoma krajami istnieje swoista rywalizacja (kto ma najstarszy alfabet, kto był pierwszy na danych terenach, kto ma piękniejszy kraj itd.) i widać ją wyraźnie w pełnych złośliwości anegdotkach. Oto kilka przykładów:

Przychodzi Gruzin do spowiedzi:
- Ojcze, zgrzeszyłem.
- Co takiego zrobiłeś?
- Oszukałem Ormianina.
- Synu, to nie grzech.
- A co takiego?
- To cud!

Rosjanin, Ormianin i Gruzin złowili pewnego razu złotą rybkę, która obiecała spełnić ich trzy życzenia. Każdemu z nich przypadło zatem po jednym życzeniu. Rosjanin poprosił o wielki dom pełen dolarów, a Ormianin o taki sam dom pełen złota. Gruzin na to:
- A mnie daj tylko adres tych dwóch.

Rodzą trzy kobiety: Gruzinka, Ormianka i Murzynka. Urodziły synów w tym samym czasie i pielęgniarki pomyliły dzieci. Proszą ojców, aby rozpoznali swoje dzieci. Pierwszy wszedł Gruzin. Nie wiele myśląc, chwycił Murzynka i w nogi. Lekarze krzyczą za nim:
- Jesteś pewien, że to twój syn?
Gruzin na to:
- A mnie wszystko jedno. Byle tylko nie Ormianin.



Gruziński mężczyzna: oczekiwanie vs. rzeczywistość

źródło: internet


Ale żeby nie było, że to zawsze jest gra do jednej bramki, Gruzini potrafią też śmiać się z siebie. Żarty dotyczą ich ogólnie znanych cech narodowych, ale także poszczególnych regionów (bo przecież wiadomo, że Swanowie są nierozgarnięci, Raczyni powolni, mieszkańcy Gurii biedni, a Kachetyjczycy butni i uparci). Oto moje ulubione przykłady:

Kaukaskie góry. Gruzin pasie stado owiec. Nagle dzwoni telefon komórkowy. Stado zamarło, owce podniosły głowy i patrzą w stronę pasterza. Ten z poważną miną wyjmuje komórkę zza pazuchy.
- Halo? Chwileczkę. - i odwracając się do owiec, mówi - to do mnie.

Turysta przyjeżdża do Raczy. Zirytowany powolnymi ruchami tubylczej obsługi hostelu, pyta zgryźliwie:
- Nie macie tutaj jakichś szybszych ludzi?
- Mieliśmy jednego - odpowiada flegmatycznie Raczyniec - ale walec go przejechał .....

Mieszkaniec Gurii przychodzi do lekarza, skarżąc się na złe samopoczucie. Ten przepisuje mu lekarstwo i każe brać trzy razy dziennie, po każdym posiłku.
- Panie doktorze, gdybym ja jadł trzy razy dziennie, to w ogóle nie musiałbym do pana przychodzić!

Jak zająć czymś Swana na cały dzień?
Dać mu kartkę z napisem "odwróć mnie" po obu stronach.


I na koniec jeszcze klasyczny (i najbardziej znany) dowcip o gruzińskim dżygicie, którego nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu:

Turysta jedzie taksówką po Tbilisi. Na skrzyżowaniu zapala się czerwone światło, ale gruziński kierowca depcze na gaz i przejeżdża przez nie pędem. Turysta cały zielony ze strachu, krzyczy do Gruzina:
- Co ty wyprawiasz?
- Daj spokój, ja dżygit !!!
Jadą dalej. Podjeżdżają do następnego skrzyżowania i sytuacja się powtarza, Gruzin znowu z dumą krzyczy "Ja dżygit"!!!.
Na kolejnym skrzyżowaniu zapala się czerwone światło. ale Gruzin daje nagle po hamulcach. Turysta patrzy pytająco na kierowcę:
- Tędy często jeździ mój brat - odpowiada Gruzin, - a on też dżygit !!!



Tutaj możecie sprawdzić, z czego śmieją się mieszkańcy innych krajów:


Chiny: 
Biały Mały Tajfun: Z czego śmieją się Chińczycy?
Francja: 
Hiszpania:
Hiszpański dla Polaków: Z czego śmieją się Hiszpanie?
Japonia:
Japonia-info.pl: Co śmieszy Japończyków
Kirgistan: 
Kirgiski.pl: Baśnie Niebiańskiej Beszbarmakii
Niemcy:
Niemiecki w domu: Z czego śmieją się Niemcy
Szwecja:
Szwecjoblog: Göteborgshumor, czyli z czego śmieją się mieszkańcy Göteborga
Turcja:
Turcja okiem nieobiektywnym: Z czego śmieją się Turcy?
Włochy:
Studia, parla, ama: Z czego śmieją się Włosi?
Włoski Online: Z czego śmieją się Włosi?
Wielojęzyczne: 
Daj Słowo: Z czego śmieją się na świecie? Z Polaków

Jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się do nas przyłączyć, zachęcam do zajrzenia na TEGO bloga grupy, a także do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.  

wtorek, 9 maja 2017

Zapomniani bohaterowie cz. 2


Pamiętacie taki wierszyk: 

"Dzień Zwycięstwa, maj zielony, białe kwitną bzy. 
Dziadek usiadł zamyślony, wspomniał wojny dni...."

(I tu zła wiadomość- jeśli pamiętacie, to zaliczacie się niestety do swoistych dinozaurów, bo w dzisiejszych szkolnych podręcznikach już go na pewno nie ma...). Wstyd się przyznać, ale mnie ten wierszyk do dzisiaj wzrusza. I właśnie w dużej mierze ze wzruszeń i pewnego rodzaju zadumy powstał dzisiejszy wpis.

Dzisiaj, czyli 9 maja, w Gruzji (tak, jak i w innych krajach dawnego bloku wschodniego) uroczyście obchodzony jest Dzień Zwycięstwa Nad Faszyzmem. Jest to święto narodowe, organizowane są spotkania z weteranami (wg oficjalnych danych żyje ich w Gruzji jeszcze 922), politycy składają kwiaty pod pomnikami... a mnie w tym kontekście zawsze przychodzą na myśl inne, znacznie skromniejsze "pomniczki" i obeliski, którymi usiane są gruzińskie wioski. Kiedyś o nich pisałam- TUTAJ - ale wtedy nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, jak wiele ich jest i jak niesamowite przybierają kształty. Niestety, obecnie prawie wszystkie niszczeją zapomniane i obdrapane. Nadal nie rozumiem, jak to się ma do legendarnego wręcz przywiązania Gruzinów do przodków, do zmarłych i do tradycji. Nie rozumiem tym bardziej, że tablice upamiętniają nie jakieś abstrakcyjne, obce wojsko, ale poległych w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej Gruzinów. Od pewnego momentu zaczęłam specjalnie zwracać uwagę na te tablice i fotografować wszystko, co znalazłam, bo wydaje mi się, że już niedługo po wielu z nich ślad zaginie. Smutny to widok, bo wygląda trochę tak, jak gdyby miejscowi nie odważyli się ich co prawda zniszczyć, ale po prostu czekali, aż same rozpadną się z rdzy i starości. A może tamta wojna już nikogo nie obchodzi? Bo przecież później przyszły kolejne wojny, których wspomnienia są dużo świeższe i bardziej bolesne dla obecnie żyjących? Nie znalazłam odpowiedzi na te pytania. Znalazłam za to sporo pomników, które pokazuję poniżej.



Gruzińska Droga Wojenna

"Nasza sprawa jest słuszna, zwyciężymy"


Okolice Zugdidi


Achalciche


Okolice Zugdidi

Gdzieś w trasie


Okolice Zugdidi

Czasami zamiast twarzy są tylko symbole


Gdzieś przy trasie, niedaleko Martvili


Chkhorotskou

Chiatura

Okolice Chkhorotskou, jeden z nielicznych zadbanych pomników


Orsantia

okolice Dżwari

okolice Dżwari

Lia

okolice Khety

Salkhino


Pakhulani




wtorek, 25 kwietnia 2017

Gruzińska ekologia- idzie nowe?




Czy wiecie, że 22 kwietnia obchodzony był Dzień Ziemi? Nawiązując do tej daty, za temat kwietniowej edycji "W 80 blogów dookoła świata" obraliśmy ekologię i ochronę środowiska w różnych krajach. Serdecznie zapraszam!








O podejściu do kwestii związanych z ochroną środowiska (a raczej jej brakiem) pisałam już na samym początku mojego pobytu w Gruzji, w tekście "Ekologia po gruzińsku" (do poczytania TUTAJ). Od tamtego czasu minęło jednak kilka lat i akcja "W 80 blogów" jest doskonałą okazją, aby przyjrzeć się, czy coś się w tej sprawie zmieniło.

Niestety, już na początku moich poszukiwań trafiłam na opis zeszłorocznych gruzińskich podróży Buby (popatrzcie TUTAJ), z których jasno wynika, że wrzucanie przez Gruzinów śmieci do rzek to ciągle powszechna praktyka. Brzegi Morza Czarnego w okolicy ujścia rzek po sztormie to niestety nadal widok przyprawiający o zawał serca i odruchy wymiotne , bo fale wyrzucają na plaże to wszystko, co wcześniej bezmyślni ludzie puścili z nurtem. Nie jestem w stanie opisać, jak bardzo do szału doprowadza mnie takie postępowanie!!!! Pomijając już aspekty globalne, opowieści o systemie naczyń połączonych i umoralniające mowy o wspólnym szanowaniu planety- kto jak kto, ale Gruzini, których najcenniejszym atutem są piękne krajobrazy i dzika przyroda, którzy próbują reklamować i rozwijać kraj turystycznie, powinni mocno puknąć się w głowę i zastanowić, jaki turysta zechce przyjechać w tak zasyfione miejsca. 



Niestety, taki widok na niektórych plażach to normalka :(


Na szczęście znalazłam też kilka pocieszających informacji, które (mam nadzieję!) stanowić mogą pierwsze oznaki nowego podejścia Gruzinów do kwestii śmieci i generalnie odpadów. 

Po pierwsze, wyczytałam ostatnio, że podniesione zostają kary za śmiecenie i pojawią się inspektorzy, którzy te kary będą nakładać. Na początku mowa jest tylko o Tbilisi, ale zawsze to jakiś promyczek nadziei, że uda się w ludziach zaszczepić przekonanie o niewłaściwości wyrzucania śmieci gdzie popadnie. Co ciekawe, karami mają być objęte różne rodzaje śmiecenia- od nie posprzątania po psie (GEL 50) i zwykłego wyrzucenia niedopałka (80 GEL), przez wyrzucenie większej ilości odpadów (GEL 150), aż po odpady budowlane (GEL 200-1500). W przypadku kolejnego ukarania za ten sam czyn, kary mogą być odpowiednio zwiększane.  Kwestia otwartą pozostaje dla mnie, na ile ta nowa strategia będzie skuteczna, ale jeśli inspektorzy przyłożą się do swojej pracy, to może przez kieszeń trafi się do ludzkiego rozumu?

Przy okazji śmieci trafiłam też na zabawny artykuł o pomyśle, na który wpadł ktoś w Zugdidi- część koszy na śmieci pomalowana została w zabawne wzory, co ma wyróżnić je z tła i dać impuls do bardziej chętnego z nich korzystania. Czytając ten artykuł najpierw się uśmiechnęłam, ale potem naszła mnie refleksja, że pomysł choć naiwny, ma w sobie niezaprzeczalną logikę- jeśli przez kolorowe rysunki uda się zwabić najmłodszych, to może zaszczepi się w nich nawyk regularnego korzystania z koszy na śmieci? W tym szaleństwie jest metoda!


Kolorowe kosze na śmieci w Zugdidi (źródło: internet)


Z kolei jeszcze inna wiadomość bardzo mnie zaintrygowała, bo zupełnie sobie nie wyobrażam, jak miałaby zafunkcjonować w praktyce. Nie pamiętam, czy wspominałam już kiedyś, jak wygląda robienie zakupów w Gruzji- sprzedawca wszystko pakuje do foliowych woreczków, te do przezroczystych foliowych toreb, a często reklamówkę do jeszcze jednej reklamówki. Na początku próbowałam nie zgadzać się na tyle foliowych toreb i pakować zakupy sama, albo cierpliwie tłumaczyć, że mam swoje siatki, ale w pewnym momencie zabrakło mi już cierpliwości i energii, aby dyskutować bądź wręcz wykłócać się z każdym sprzedawcą po kolei, bo niezrozumienie mojego dziwactwa było powszechne (zresztą tak samo było w Turcji). A tu nie dalej jak w zeszłym tygodniu wyczytałam, że od września 2017 gruzińskie Ministerstwo Środowiska i Zasobów Naturalnych chce stopniowo wprowadzać zakaz używania jednorazowych toreb polietylenowych, a na rynku mają pozostać tylko torby wielorazowego użytku, a także torby z materiału i papieru. Jestem raczej sceptyczna, ale jeśli ten plan się powiedzie, to będzie to ogromna rewolucja w mentalności i życiu codziennym Gruzinów.

I na koniec jeszcze informacja, którą potraktowałam w kategorii żartu, choć jak znam gruzińskie realia, to pewnie zostanie przynajmniej częściowo zrealizowana. Podobno planowana jest budowa 30-kilometrowej ścieżki rowerowej z miasta Zugdidi do nadmorskiego "kurortu" Anaklia. Biorąc pod uwagę kompletny brak zainteresowania jazdą rowerem wśród gruzińskiego społeczeństwa (więcej TUTAJ) zakładam, że trasa ta miałaby służyć turystom... których jednak w Anaklii za bardzo nie ma, bo pomimo ambitnych planów nie udało się jak do tej pory rozwinąć jej do obleganego kurortu (więcej TUTAJ i TUTAJ). Mam więc nadzieję, że pieniądze, które mogłyby zostać wydane na tę inwestycję posłużą czemuś innemu, co faktycznie przysłuży się gruzińskiemu środowisku i turystyce.


A jak jest w innych krajach? Możecie o tym poczytać tutaj:

Chiny: 
Biały Mały Tajfun: Ekologia w Chinach
Finlandia:
Francja: 
Demain, viens avec tes parents!: Ochrona środowiska
Kirgistan: 
Niemcy:
Niemiecki w domu: Ochrona środowiska w Niemczech
Norwegia:
Rosja:
Szwecja:
Tanzania/Kenia:

Jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się do nas przyłączyć, zachęcam do zajrzenia na TEGO bloga grupy, a także do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.  



czwartek, 20 kwietnia 2017

Wielkanocne rugby


Słyszeliście kiedyś o leloburti (lub po prostu lelo- ლელო)? To jedna z bardzo nietypowych tradycji wielkanocnych we wsi Shukhuti w zachodniogruzińskim regionie Guria, której chcę dzisiaj poświęcić kilka słów.

Gruzińskie słowo "lelo" oznacza po prostu piłkę i idealnie oddaje sens wielkanocnej męskiej gry prowadzonej od setek (a podobno nawet tysięcy) lat w wiosce Shukhuti. O poranku w Niedzielę Wielkanocną zbiera się tłum, który rozgrywa coś na kształt rugby, w którym jednak nie ma praktycznie żadnych zasad. 16-kilogramowa piłka z krowiej skóry wypełniana jest wełną, kawałkami kory zamoczonymi w poświęconym winie i piaskiem, mężczyźni dzielą się na dwie drużyny (reprezentujące Górne i Dolne Shukhuti) i usiłują za wszelką cenę przemieścić tę piłkę na brzeg rzeki należący do przeciwnika. Nie ma ograniczeń czasowych, określonej wielkości drużyn ani sztywnej koncepcji gry. Ma być ekscytująco, głośno i zawzięcie. Piłka przynoszona jest przez najstarszych graczy z obu drużyn (najbardziej zawzięci mieli nawet po 90 lat!), po czym następuje strzał w powietrze oficjalnie rozpoczynający grę. Uroczystej oprawy dodaje grze obowiązkowa obecność lokalnego kapłana, który rozpoczyna całość błogosławieństwem i rzuceniem lelo w powietrze. A potem niech już się dzieje wola boża.... Po grze piłkę (a właściwie to, co z niej zostaje), zakopuje się przy grobie ostatnio zmarłego gracza z wioski. Co ciekawe, choć całość wygląda bardzo brutalnie, podobno rzadkością są poważne urazy, choć zwykle nie obywa się bez siniaków, zwichnięć i połamanych żeber.


Moment rozpoczęcia gry (źródło: internet)


W tej grze nie ma miejsca dla mięczaków (źródło: internet)


Równolegle do gry, na obrzeżach meczu odbywa się wznoszenie toastów, gra, tańce, rodzinne spotkania. Całość kończy się ogólnowioskową suprą i typowo gruzińskim świętowaniem do upadłego. Jednym słowem- jedno wielkie fizyczne szaleństwo, tak zupełnie odmienne od naszego sposobu pojmowania Wielkanocy jako wzniosłego przeżycia duchowego. Dla pełnego zrozumienia atmosfery tego fenomenu proponuję poniższy filmik:





P.S.- Bardzo ciekawy opis wielkanocnego lelo znajdziecie TUTAJ, na blogu naszej rodaczki Sylwii, która miała okazję podziwiać to szaleństwo w 2014 roku.