wtorek, 25 kwietnia 2017

Gruzińska ekologia- idzie nowe?




Czy wiecie, że 22 kwietnia obchodzony był Dzień Ziemi? Nawiązując do tej daty, za temat kwietniowej edycji "W 80 blogów dookoła świata" obraliśmy ekologię i ochronę środowiska w różnych krajach. Serdecznie zapraszam!








O podejściu do kwestii związanych z ochroną środowiska (a raczej jej brakiem) pisałam już na samym początku mojego pobytu w Gruzji, w tekście "Ekologia po gruzińsku" (do poczytania TUTAJ). Od tamtego czasu minęło jednak kilka lat i akcja "W 80 blogów" jest doskonałą okazją, aby przyjrzeć się, czy coś się w tej sprawie zmieniło.

Niestety, już na początku moich poszukiwań trafiłam na opis zeszłorocznych gruzińskich podróży Buby (popatrzcie TUTAJ), z których jasno wynika, że wrzucanie przez Gruzinów śmieci do rzek to ciągle powszechna praktyka. Brzegi Morza Czarnego w okolicy ujścia rzek po sztormie to niestety nadal widok przyprawiający o zawał serca i odruchy wymiotne , bo fale wyrzucają na plaże to wszystko, co wcześniej bezmyślni ludzie puścili z nurtem. Nie jestem w stanie opisać, jak bardzo do szału doprowadza mnie takie postępowanie!!!! Pomijając już aspekty globalne, opowieści o systemie naczyń połączonych i umoralniające mowy o wspólnym szanowaniu planety- kto jak kto, ale Gruzini, których najcenniejszym atutem są piękne krajobrazy i dzika przyroda, którzy próbują reklamować i rozwijać kraj turystycznie, powinni mocno puknąć się w głowę i zastanowić, jaki turysta zechce przyjechać w tak zasyfione miejsca. 



Niestety, taki widok na niektórych plażach to normalka :(


Na szczęście znalazłam też kilka pocieszających informacji, które (mam nadzieję!) stanowić mogą pierwsze oznaki nowego podejścia Gruzinów do kwestii śmieci i generalnie odpadów. 

Po pierwsze, wyczytałam ostatnio, że podniesione zostają kary za śmiecenie i pojawią się inspektorzy, którzy te kary będą nakładać. Na początku mowa jest tylko o Tbilisi, ale zawsze to jakiś promyczek nadziei, że uda się w ludziach zaszczepić przekonanie o niewłaściwości wyrzucania śmieci gdzie popadnie. Co ciekawe, karami mają być objęte różne rodzaje śmiecenia- od nie posprzątania po psie (GEL 50) i zwykłego wyrzucenia niedopałka (80 GEL), przez wyrzucenie większej ilości odpadów (GEL 150), aż po odpady budowlane (GEL 200-1500). W przypadku kolejnego ukarania za ten sam czyn, kary mogą być odpowiednio zwiększane.  Kwestia otwartą pozostaje dla mnie, na ile ta nowa strategia będzie skuteczna, ale jeśli inspektorzy przyłożą się do swojej pracy, to może przez kieszeń trafi się do ludzkiego rozumu?

Przy okazji śmieci trafiłam też na zabawny artykuł o pomyśle, na który wpadł ktoś w Zugdidi- część koszy na śmieci pomalowana została w zabawne wzory, co ma wyróżnić je z tła i dać impuls do bardziej chętnego z nich korzystania. Czytając ten artykuł najpierw się uśmiechnęłam, ale potem naszła mnie refleksja, że pomysł choć naiwny, ma w sobie niezaprzeczalną logikę- jeśli przez kolorowe rysunki uda się zwabić najmłodszych, to może zaszczepi się w nich nawyk regularnego korzystania z koszy na śmieci? W tym szaleństwie jest metoda!


Kolorowe kosze na śmieci w Zugdidi (źródło: internet)


Z kolei jeszcze inna wiadomość bardzo mnie zaintrygowała, bo zupełnie sobie nie wyobrażam, jak miałaby zafunkcjonować w praktyce. Nie pamiętam, czy wspominałam już kiedyś, jak wygląda robienie zakupów w Gruzji- sprzedawca wszystko pakuje do foliowych woreczków, te do przezroczystych foliowych toreb, a często reklamówkę do jeszcze jednej reklamówki. Na początku próbowałam nie zgadzać się na tyle foliowych toreb i pakować zakupy sama, albo cierpliwie tłumaczyć, że mam swoje siatki, ale w pewnym momencie zabrakło mi już cierpliwości i energii, aby dyskutować bądź wręcz wykłócać się z każdym sprzedawcą po kolei, bo niezrozumienie mojego dziwactwa było powszechne (zresztą tak samo było w Turcji). A tu nie dalej jak w zeszłym tygodniu wyczytałam, że od września 2017 gruzińskie Ministerstwo Środowiska i Zasobów Naturalnych chce stopniowo wprowadzać zakaz używania jednorazowych toreb polietylenowych, a na rynku mają pozostać tylko torby wielorazowego użytku, a także torby z materiału i papieru. Jestem raczej sceptyczna, ale jeśli ten plan się powiedzie, to będzie to ogromna rewolucja w mentalności i życiu codziennym Gruzinów.

I na koniec jeszcze informacja, którą potraktowałam w kategorii żartu, choć jak znam gruzińskie realia, to pewnie zostanie przynajmniej częściowo zrealizowana. Podobno planowana jest budowa 30-kilometrowej ścieżki rowerowej z miasta Zugdidi do nadmorskiego "kurortu" Anaklia. Biorąc pod uwagę kompletny brak zainteresowania jazdą rowerem wśród gruzińskiego społeczeństwa (więcej TUTAJ) zakładam, że trasa ta miałaby służyć turystom... których jednak w Anaklii za bardzo nie ma, bo pomimo ambitnych planów nie udało się jak do tej pory rozwinąć jej do obleganego kurortu (więcej TUTAJ i TUTAJ). Mam więc nadzieję, że pieniądze, które mogłyby zostać wydane na tę inwestycję posłużą czemuś innemu, co faktycznie przysłuży się gruzińskiemu środowisku i turystyce.


A jak jest w innych krajach? Możecie o tym poczytać tutaj:

Chiny: 
Biały Mały Tajfun: Ekologia w Chinach
Finlandia:
Francja: 
Demain, viens avec tes parents!: Ochrona środowiska
Kirgistan: 
Niemcy:
Niemiecki w domu: Ochrona środowiska w Niemczech
Norwegia:
Rosja:
Szwecja:
Tanzania/Kenia:

Jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się do nas przyłączyć, zachęcam do zajrzenia na TEGO bloga grupy, a także do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.  



czwartek, 20 kwietnia 2017

Wielkanocne rugby


Słyszeliście kiedyś o leloburti (lub po prostu lelo- ლელო)? To jedna z bardzo nietypowych tradycji wielkanocnych we wsi Shukhuti w zachodniogruzińskim regionie Guria, której chcę dzisiaj poświęcić kilka słów.

Gruzińskie słowo "lelo" oznacza po prostu piłkę i idealnie oddaje sens wielkanocnej męskiej gry prowadzonej od setek (a podobno nawet tysięcy) lat w wiosce Shukhuti. O poranku w Niedzielę Wielkanocną zbiera się tłum, który rozgrywa coś na kształt rugby, w którym jednak nie ma praktycznie żadnych zasad. 16-kilogramowa piłka z krowiej skóry wypełniana jest wełną, kawałkami kory zamoczonymi w poświęconym winie i piaskiem, mężczyźni dzielą się na dwie drużyny (reprezentujące Górne i Dolne Shukhuti) i usiłują za wszelką cenę przemieścić tę piłkę na brzeg rzeki należący do przeciwnika. Nie ma ograniczeń czasowych, określonej wielkości drużyn ani sztywnej koncepcji gry. Ma być ekscytująco, głośno i zawzięcie. Piłka przynoszona jest przez najstarszych graczy z obu drużyn (najbardziej zawzięci mieli nawet po 90 lat!), po czym następuje strzał w powietrze oficjalnie rozpoczynający grę. Uroczystej oprawy dodaje grze obowiązkowa obecność lokalnego kapłana, który rozpoczyna całość błogosławieństwem i rzuceniem lelo w powietrze. A potem niech już się dzieje wola boża.... Po grze piłkę (a właściwie to, co z niej zostaje), zakopuje się przy grobie ostatnio zmarłego gracza z wioski. Co ciekawe, choć całość wygląda bardzo brutalnie, podobno rzadkością są poważne urazy, choć zwykle nie obywa się bez siniaków, zwichnięć i połamanych żeber.


Moment rozpoczęcia gry (źródło: internet)


W tej grze nie ma miejsca dla mięczaków (źródło: internet)


Równolegle do gry, na obrzeżach meczu odbywa się wznoszenie toastów, gra, tańce, rodzinne spotkania. Całość kończy się ogólnowioskową suprą i typowo gruzińskim świętowaniem do upadłego. Jednym słowem- jedno wielkie fizyczne szaleństwo, tak zupełnie odmienne od naszego sposobu pojmowania Wielkanocy jako wzniosłego przeżycia duchowego. Dla pełnego zrozumienia atmosfery tego fenomenu proponuję poniższy filmik:





P.S.- Bardzo ciekawy opis wielkanocnego lelo znajdziecie TUTAJ, na blogu naszej rodaczki Sylwii, która miała okazję podziwiać to szaleństwo w 2014 roku.


wtorek, 4 kwietnia 2017

Muzyczni Pasażerowie


Czyż to nie cudowne, że mamy już wiosnę?! W ramach wiosennego powiewu na blogu przyszła pora na kolejną porcję gruzińskiej muzyki. Tym razem będzie jednak zupełnie inaczej niż w jej poprzednich, klasycznych odsłonach (do posłuchania TUTAJ i TUTAJ). Dziś będzie lekko, gitarowo, rytmicznie, nowocześnie, ale nadal bardzo, bardzo gruzińsko.

Szanowni Państwo, mam przyjemność przedstawić jedno z moim najbardziej przyjemnych gruzińskich odkryć muzycznych- zespół Mgzavrebi (gruz. მგზავრები), czyli Pasażerowie!

źródło: internet


Jak widać, zespół składa się z samych facetów- początkowo w 2006 roku było ich trzech, teraz rozrósł się do piętnastu. Frontmenem i założycielem jest Gigi Dedalazamishvili, w podstawowym składzie towarzyszą mu Lasha Dokhnadze, Misha Megrelishvili, Dato Gogelia, Bezho Amiranashvili, Guga Kublashvili i Dato Ugrekhelidze. Mają bardzo charakterystyczny styl, lekki, bardzo dopracowany głosowo, nieco folkowy, w wielu piosenkach jakby trochę improwizowany i nie do końca serio. Wykorzystują elementy tradycyjnej gruzińskiej polifonii i częściowo tradycyjne gruzińskie instrumenty, ale tylko do ubarwienia swoich dosyć prostych kompozycji, nie pozwalają natomiast, aby ta nuta klasyki zdominowała ich styl. Bardzo mi się to połączenie podoba, a od wielu piosenek wprost nie mogę się uwolnić, tak szybko wpadają w ucho (nawet, gdy nie zna się gruzińskiego).

Dorobek zespołu to kilka płyt, ja wybrałam z nich zaledwie parę utworów, które szczególnie mi przypadły do gustu.


In Vino Veritas- tytułu chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, a dodatkowym plusem oprócz szybko wpadającego w ucho refrenu jest plenerowy teledysk na tle gruzińskiej przyrody.





Damiskhi Damalevine (დამისხი დამალევინე)- tutaj znów jest skocznie i wesoło, a w teledysku wykorzystano elementy gruzińskiego tańca.




Arada mirkhvarxar (არადა მიყვარხარ)- w tej piosence robi się nieco nostalgicznie, ale jednak z lekko kpiąca nutką. Kochać czy nie kochać?




Tango (ტანგო)- tu robi się mrocznie i namiętnie, przy czym nadal pięknie. To chyba moja ulubiona piosenka Pasażerów.




Ramdens (რამდენს)- czyli "ileż..."- spokojnie, ale z dużą dawką tłumionych emocji. Jak dla mnie cudnie!




I na koniec jeszcze próbka z ich płyty rosyjskojęzycznej- "Если я" ("Jeśli ja..."). Ładne, ale zdecydowanie wolę ich po gruzińsku!




P.S.-  Oficjalną stronę zespołu Mgzavrebi znajdziecie TUTAJ.


poniedziałek, 20 marca 2017

Na poboczu


Jeżdżenie autem po Gruzji ma sporo aspektów. Oprócz jego ewidentnych wad sprowadzających się do nieprawdopodobnie paskudnego stylu jazdy lokalnych dżygitów (więcej TUTAJ lub TUTAJ), ma także sporo zalet. Jedną z nich jest możliwość podziwiania rozmaitych ciekawych straganów ustawianych blisko głównych tras. Choć są one zwykle niebezpiecznie blisko drogi, zawsze znajdzie się kawałek miejsca, aby postawić auto, wysiąść, rozprostować nogi, pooglądać, potargować się, kupić. Co ciekawe, takie skupiska straganów są na trasie zwykle pogrupowane tematycznie i dla mnie stanowiły swoiste kamienie milowe na drodze ze stolicy na zachód.

Najpierw okolice Gori (czyli jakaś 1/4 drogi za mną)- tutaj w związku z licznymi sadami i polami spodziewać się można skupisk straganów z owocami i warzywami- różne odmiany jabłek, arbuzy, melony, kapusta, kalafiory, pomidory, cytrusy- wszystko poukładane w kolorowych stosach i  oferowane w ilościach hurtowych.


Stragany sklecone z desek i plastikowych płacht widoczne są już z daleka

Jedyny problem w tym, co wybrać

Do owoców lokalni dżygici gratis



Kolejnym punktem orientacyjnym na drodze na zachód zawsze była wioska Surami (wiedziałam wtedy, że jakaś 1/3 drogi za mną). Cała droga obstawiona jest dziesiątkami budek, przy których stoją panie machające... chlebkami! Za pierwszym razem ciężko mi było uwierzyć, co one trzymają w rękach, ale faktycznie w Surami produkowane jest bardzo charakterystyczne, ciężkie, nieco gliniaste i słodkawe pieczywo, które następnie sprzedawane jest przy drodze. Widok bardzo niecodzienny, bo budki ciągną się przez calutką miejscowość- i co ciekawe w innych miejscowościach niczego podobnego nie ma.


Ta pani nie tylko nas pozdrawia, ale także oferuje pieczywo


Oferta w całej krasie


Właścicielka na posterunku macha chlebkiem
Jak widać, czasem właściciele wystawiają zastępstwo

Budka za budką


Budek jest tyle, że muszą każda ma swój numer porządkowy


Kolejnym ciekawym przydrożnym punktem na mojej trasie (koło połowa drogi "do domu") były zatoczki z rękodziełem w okolicy miejscowości Shrosha. Jest to region, który słynie z czerwonej glinki, a pisałam o nim więcej TUTAJ. Na straganach za naprawdę niewielkie pieniądze kupić można garnki, kubki, wazony, miski oraz wyroby z drewna i gdyby nie brak sensownej możliwości transportu, to pewnie kupowałabym te rzeczy wagonami- a tak to skończyło się tylko na kilkunastu sztukach.


Ileż tu wszelkiego dobra!

Garnki, miski, wazony i futrzane czapy

W komplecie także wyroby z drewna

No i jak tu nie kupić?




A na końcu jeszcze bonusik- przecudnej urody stragan przy jeden z dróg w Kachetii. Mniam, aż ślinka leci, prawda?  ;-)





piątek, 3 marca 2017

Kaukaska Trylogia



Z okazji obchodzonego w niektórych krajach 2 marca Dnia Książek, my (czyli blogerzy językowi i kulturowi zrzeszeni wokół TEGO bloga) postanowiliśmy przygotować błyskawiczną akcję- serię wpisów z książką jako wspólnym mianownikiem. Przez siedem marcowych dni uaktywniać się będą kolejne linki zabierające w podróż po świecie literatury z całego świata. 
Zapraszam do lektury!





Wiele razy wspominałam już, że od jakiegoś czasu zapanowała w Polsce moda na Gruzję. Jednym z objawów tej mody jest wysyp publikacji związanych z tym krajem. Jako osoba zainteresowana tematem (ale niestety również dosyć wybredna), staram się nadążać za kolejnymi pozycjami, ale niestety większość z nich nie przypadła mi do gustu. Albo ślizgają się tylko po powierzchni, powielając sztampowe opinie sprowadzające się do banalnego opisu przyrody, przyjaznych tubylców i super wina, albo są napuszone i ogłuszają sucho podawanymi faktami historycznymi, albo mimo ciekawie zapowiadającej się treści styl ich napisania jest kompletnie niestrawny.  

Natomiast jaśniejącym diamentem w tym zbiorze okazała się dla mnie tzw. "Kaukaska Trylogia" autorstwa Wojciecha Góreckiego. Składają się na nią trzy książki- "Planeta Kaukaz", "Toast za przodków" i "Abchazja". Pierwsza część skupia się na Kaukazie Północnym, druga na krajach Zakaukazia (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan), a trzecia porusza tematykę państwa-nie-państwa Abchazji. Wszystkie bazują na osobistych doświadczeniach i przemyśleniach Autora, który wiele lat mieszkał i podróżował po Kaukazie. Całość zaczyna się świetnym zdaniem pokazującym, z czym będziemy mieć do czynienia: 
"Planeta zamyka się między Morzem Czarnym na zachodzie a Morzem Kaspijskim na wschodzie oraz między równiną Donu na północy a Turcją i Iranem na południu. Mierzy czterysta czterdzieści tysięcy kilometrów kwadratowych. Tyle, co Szwecja. Niewiele. A jeśli nie liczyć pasa stepów- jeszcze mniej. Wypełnia tę przestrzeń zagmatwana mozaika ludów, kultur i religii."





Każda z tych trzech książek to ciąg pojedynczych historii, które zebrane razem są ogromną skarbnicą wiedzy o "Planecie Kaukaz". Autor nie ocenia ani nie wyciąga pochopnych wniosków, przedstawia po prostu różne klimaty Kaukazu przez pryzmat zwykłych, niczym nie wyróżniających się osób oraz drobnych zdarzeń z ich dnia codziennego. Dla pokazania szerszego obrazu, w książkach pojawiają się też opowieści o osobach znanych w regionie (choć dla nas będących z reguły zupełnie obcymi postaciami) i mających wpływ na to, jak kształtuje się jego historia. Wplecione są w to kaukaskie legendy, anegdoty, historie z gazet, a tam gdzie jest to potrzebne, także kontekst historyczny podany w bardzo przystępnej, ale nie prostackiej formie. Losy pojedynczych osób splatają się w wielką, barwną mapę Kaukazu z milionem lokalnych odcieni i smaczków. W tych książkach Kaukaz żyje, pokazuje swoje prawdziwe oblicze, a właściwie sto różnych obliczy. Jest tu miejsce na zadumę, podziw, delikatną ironię, zmęczenie, smutek, niechęć, szczęście, marzenia. Opowieść płynie naturalnie, wątki luźno się ze sobą wiążą, a każda kolejna historia przynosi mnóstwo ciekawych informacji. 

Myślę, że "Kaukaska Trylogia" zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, bo idealnie opisuje to, co ja sama obserwowałam mieszkając w Gruzji, a czego nie potrafiłam precyzyjnie ująć w słowa. Czytając niektóre zdania, jak gdybym słyszała swoje myśli. "Nieuleczalna kaukaska choroba: każdy musi być najstarszy, najodważniejszy, najbardziej gościnny. I każdy - najbardziej pokrzywdzony. Sto narodów wybranych. Na paruset tysiącach kilometrów kwadratowych. Kto się nie zgadza- ten wróg. Kto wątpi- tego podkupili. A kto się zbyt szczegółowo dopytuje- nie ma serca."- ten cytat zapadł mi w pamięć na dobre. Nigdzie nie znalazłam trafniejszej definicji tego, jak funkcjonuje Gruzja, Abchazja i cały region. 

Jeśli szukacie dobrej, ciekawej, zgłębiającej temat, a jednocześnie przystępnie napisanej literatury o Kaukazie, to trzy książki Wojciecha Góreckiego powinny znaleźć się na Waszej liście. Można je czytać w dowolnej kolejności (ja przypadkiem zaczęłam od końca, czyli od "Abchazji"), można je pochłonąć hurtem lub dawkować, zależnie od nastroju. Ja wracam do nich co jakiś czas i zawsze znajduję w nich ducha świata, który leży nie tak wcale daleko geograficznie, ale o kosmos oddalony mentalnie.







Zapraszam też do przeczytania pozostałych wpisów w ramach naszej akcji, które znajdziecie pod tymi linkami (aktywującymi się o godz. 10:00 w kolejnych dniach zgodnie z przedstawionym kalendarzem):
1 marca
Angielski dla każdego:  Tydzień książki
2 marca
3 marca
4 marca 
Francuski przez Skype: Książkowe idiomy
5 marca           
Biały Mały Tajfun: Tydzień Książki
Language Bay: Tydzień książki 
6 marca
Szwecjoblog: Tydzień Książki 
7 marca
Français mon amour: Wokół książki po francusku



sobota, 25 lutego 2017

Piąte urodziny bloga




Dzisiaj mija pięć lat od chwili, gdy zaczęłam pisać tego bloga. Wiele się od tego czasu  wydarzyło, dlatego podobnie jak w zeszłym roku (TUTAJ), postanowiłam wykorzystać ten moment na podsumowanie najważniejszych rzeczy, które działy się na blogu przez ostatnie dwanaście miesięcy. 

Od początku istnienia bloga

odwiedziliście mnie 232.629 razy,

z czego w ostatnim roku Waszych wizyt

było aż 71.813 -
bardzo Wam za to dziękuję!

 
Szczególną popularnością cieszyły się posty:
"Pierwszy raz w Gruzji-10 grzechów głównych"- o planowaniu pierwszego wyjazdu - TUTAJ
"Piszemy po gruzińsku" - o tym, jak nauczyć się gruzińskich "zawijasów" - TUTAJ
"Sztuka transportowania 2"  - czyli galeria szalonych aut - TUTAJ
"Pięć dziwnych gruzińskich zup" - o zaskakujących pomysłach kulinarnych - TUTAJ
"Gruzińscy mężczyźni-jacy są?" - o płci niekoniecznie pięknej - TUTAJ
"Muzeum ku czci wodza" - o kontrowersyjnym muzeum Stalina w Gori - TUTAJ


Najwięcej gości zaglądało na bloga z Polski, przybywaliście także z Niemiec, USA, Gruzji, Ukrainy, Irlandii, Francji, Słowacji, Wielkiej Brytanii, Chin, Singapuru, Hiszpanii, Rosji, Włoch, Kenii, Turcji, Holandii, Łotwy, Austrii, Belgii, Peru, Bułgarii, Norwegii, Grecji, Pakistanu, Tajlandii, Wietnamu, Austalii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Finlandii. 

Opublikowałam na razie 175 postów, co oznacza, że spotykamy się mniej więcej 3 razy w miesiącu. Dyskutowaliśmy poprzez 602 komentarze i każdy z nich bardzo mnie cieszy, bo oznacza, że czytacie z zainteresowaniem i chcecie wyrażać swoją opinię. 


Na początku blog był dla mnie sposobem na pokazanie otaczającej mnie gruzińskiej rzeczywistości i kierowałam go głownie do rodziny i znajomych, po prosu łatwiej było napisać i pokazać pewne rzeczy tutaj, niż tłumaczyć je w mailach czy o nich opowiadać. Potem blog się rozwinął, zaczęłam wyszukiwać różne smaczki związane z Gruzją i o nich pisać. Teraz, kiedy już nie mieszkam w Gruzji, blog opowiada o różnych związanych z tym krajem tematach. Nie jestem pewna, jak długo jeszcze będzie istniał, bo moje wspomnienia stają się coraz bardziej odległe, a wiedza nie zawsze jest już aktualna. Jednak dopóki czuję, że jeszcze mam coś do powiedzenie i pokazania, na pewno będę się tym z Wami dzielić. Dlatego mam nadzieję, że zechcecie odwiedzać mnie również w nadchodzących miesiącach. 

Zapraszam Was serdecznie do kolejnych wizyt - do zobaczenia!



wtorek, 14 lutego 2017

Ali i Nino, czyli historia wielkiej miłości


W dniu takim jak dzisiejszy świat szaleje na punkcie czerwonych papierowych serc i miłosnych historii. Wpisując się w ten romantyczny klimat postanowiłam pokazać gruzińską historię na miarę "Romeo i Julii" uwiecznioną w bardzo ciekawym pomniku na batumskim bulwarze.





Instalacja, o której mowa, jest autorstwa Tamary Kvesitadze i oficjalnie nazywa się "Kobieta i mężczyzna", jednak w powszechnym obiegu funkcjonuje jako "Pomnik Miłości" lub jeszcze częściej jako "Ali i Nino". Ta ostatnia nazwa pochodzi od imion nieszczęśliwych kochanków z powieści azerskiego pisarza Kurbana Saida dziejącej się w Baku w latach 1918-1920. Ali to muzułmański Azer, Nino to gruzińska chrześcijanka, a zatem dzieli ich właściwie wszystko. Żyją obok siebie, ale nie mogą być razem. Świat zachodu i świat orientu nie dają się tak łatwo pogodzić. I tak, jak w kultowej historii Romea i Julii, tutaj też nie następuje szczęśliwe zakończenie, bo chłopak w końcu ginie na wojnie z sowiecką Rosją. Na motywach powieści powstało wiele sztuk teatralnych, a w 2016 w Azerbejdżanie odbyła się premiera długo oczekiwanego filmu.




(źródło: internet)



Pomnik powstał w 2011 roku na bulwarze w Batumi, na specjalnym podeście tuż nad morzem. W 2015 roku został przeniesiony bliżej "diabelskiego młyna", gdyż lokalizacja na samym brzegu okazała się niezbyt fortunna z uwagi na duży ciężar instalacji i podmywanie jej przez fale. Dwie 7-metrowe figury zbudowane są z metalowych kręgów i na pierwszy rzut oka poza nowoczesną formą nie stanowią szczególnie ciekawego widoku. Jednak w sezonie codziennie wieczorem pomnik ożywa! Figury Nino i Alego zaczynają powoli zbliżać się do siebie, przez moment jakby przytulają się, by za chwilę znowu zacząć się od siebie oddalać. Po zmroku do tego spektaklu dochodzi jeszcze gra świateł, która wzmacnia wymowę tragicznej historii "kaukaskich Romea i Julii".


(źródło: internet)









PS.- Inną gruzińską historię o wielkiej miłości znajdziecie w moim wpisie "Milion purpurowych róż" (TUTAJ).


czwartek, 2 lutego 2017

Sposoby na gorące źródła


Pamiętacie legendę o gorących źródłach, dzięki którym jakoby powstało Tbilisi (do poczytania TUTAJ) ? W Gruzji takich gorących źródeł jest mnóstwo i wykorzystywane są na rozmaite sposoby. Dzisiaj postanowiłam pokazać Wam te najbardziej pomysłowe.


Dużo pary i mnóstwo gorącej wody- tak opisać można gorące źródło


Najpierw krótki wstęp dający odpowiedź na pytanie, skąd biorą się gorące źródła (fachowo zwane także źródłami termalnymi). Doczytałam się, że powstają na dwa sposoby- są one albo pozostałościami działania wulkanicznego, albo tworzą się w wyniku gwałtownego  przemieszczania się wód gruntowych, ogrzewanych ciepłem Ziemi i wydostających się na powierzchnię pod wpływem ciśnienia. Źródła gruzińskie powstają właśnie w ten drugi sposób. I jest ich dużo. Naprawdę dużo. Na tyle dużo, że chyba nikt nie jest w stanie policzyć, ile. Ja wiem o kilkunastu, z czego osobiście odwiedzałam pięć w najbliższym regionie. Miejscowa ludność wie na pewno o wielu, wielu więcej, ale przyjmuje je po prostu za coś oczywistego, czym nawet nie ma sensu się chwalić. Ale oczywiście można je wykorzystać do różnych ciekawych rzeczy. Jak? Popatrzcie sami.

Najbardziej oczywistym sposobem skorzystania z dobrodziejstwa ciepłych wód termalnych jest oczywiście urządzenie kąpieliska. W warunkach gruzińskich najczęściej nie jest to profesjonalny, opłytkowany i lśniący basen, lecz po prostu większy lub mniejszy zbiornik (pod gołym niebem lub w wersji luksusowej w budynku) napełniany na bieżąco gorącą wodą dostarczaną ze źródeł prostymi rurami. Spragnieni wodnych uciech klienci mają tu za raczej niezbyt wygórowaną opłatą możliwość przebrania się, pozostawienia ubrań, a nawet czasem poleżenia na specjalnie zamontowanych ławeczkach. Ja testowałam takie odkryte kąpielisko w Abchazji w drodze do Suchumi, a zaprzyjaźnieni podróżnicy odkrywali uroki termalnych kąpieli w okolicach Vardzi (opis ich wrażeń znajdziecie TUTAJ).


Termalne kąpielisko w Abchazji- pluskanie się było miłe nawet w lutym!


Jeden z kilku "baseników" w okolicach Vardzi, na którym siarkowa woda 
zostawiła już fantazyjne kolorowe nacieki (źródło: jabolowaballada)


No tak, ale co zrobić, gdy nie ma żadnego konkretnego budynku, a popluskać by się jednak chciało? Bardzo ciekawy patent wymyślili mieszkańcy okolicy tego gorącego źródła niedaleko Nokalakevi. Ponieważ w miejscu, gdzie woda wydostaje się z ziemi, a nawet w jego pobliżu, woda jest zdecydowanie zbyt gorąca aby z niej korzystać, coś w rodzaju prowizorycznego basenu wykopano w miejscu, gdzie strumyczki spadają ze skałek w drodze do pobliskiej rzeki. Oczywiście "basen" to słowo bardzo mocno przesadzone, mamy tu po prostu piaszczystą nieckę z usypanym nieco wyższym brzegiem, która pozwala kilku osobom położyć się w przyjemnie ciepłej wodzie. Dla kontrastu można też wejść do lodowato zimnej rzeki wartko płynącej tuż obok (ja się nie skusiłam, ale moi towarzysze bawili się przednio, zaliczając przy okazji peeling pleców kamieniami z dna rzeki). Na marginesie dodam, że niestety miejsce to tylko na zdjęciach wygląda tak sielankowo, bo najczęściej okupowane jest przez spore grupy miejscowej młodzieży piknikującej z piwem. Według relacji zaprzyjaźnionych podróżników ostatnio w pobliże docierają też marszrutki, więc trzeba się już regularnie spodziewać tłoku.



Gejzer w całej krasie


Kolorowe nacieki



Cały teren zalany jest wodą na tyle gorącą, że do rzeki chodzić trzeba gdzieś bokiem


Wrzątek spada do niecki, w której trochę się ochładza

Tak wygląda cały "basen"

Nie mogłam się nie skusić !!!!


Co odważniejsi wskakują też do lodowato zimnej wody, ja za taką atrakcję podziękowałam


Zupełnie inaczej wykorzystano gorące źródła w okolicach Chkhorotsku (wym.Czhorocku). To była dla mnie właściwie największa niespodzianka. Z drogi wiele się nie wypatrzy, bo widać tylko spore kłęby pary unoszące się nad gruntem, które w dodatku znajdują się za ogrodzeniem. Jednak jeśli trafi się tam w dobrym momencie, za rzeczonym ogrodzeniem znajdują się też pracownicy, więc można grzecznie poprosić o oprowadzenie po posesji i przy odrobinie szczęścia udaje się wszystko zobaczyć. Nam z dumą pokazano wspaniale rozwijający się lokalny biznes polegający na... uprawach ogórków! Do kluczowej roboty przy ogrzewaniu szklarni  wykorzystano wodę z gorącego źródła, przekierowując ją przy pomocy skomplikowanego systemu dołów i rur. Genialne w swej prostocie!


Tyle widać po wejściu za ogrodzenie

Pan dosyć szczegółowo tłumaczył nam szczegóły instalacji, ale i tak niewiele pojęłam.
Najważniejsze, że grzeje.


Fascynujący świat szklarni


Na zakończenie "zwiedzania" dostaliśmy ogromną torbę ogórków,
trochę nam było głupio, ale pan strasznie nalegał.


Nie jestem natomiast do końca pewna, do czego wykorzystywane są gorące źródła w wiosce Tsaishi (wym. Caiszi) koło Zugdidi. Mam tylko podejrzenia, że w tym miejscu oprawiane są skóry ptasie lub zwierzęce, bo w pobliżu kamieni leżących obok ujęcia gorącej wody znaleźć można duże ilości piór i włosia. Wygląda też na to, że była tam kiedyś jakaś infrastruktura, ale obecnie sterczy tylko kilka rur, a nad polem unoszą się charakterystyczne kłęby pary. Gorąca woda spływa tutaj szerokimi strumieniami do pobliskiej rzeki, a grunt jest nią tak przesiąknięty, że zamienia się w lepkie i zasysające buty po kostki bagno.



Klimat nieco jak z horrorów ;-)
 


Woda leci non stop bardzo silnym , gorącym strumieniem
 
 
Trochę wygląda, jakby coś tu kiedyś było, ale teraz jest głównie bagno

 
Nacieki, nacieki, wszędzie nacieki!

Kawałki piór i sierści dają do myślenia

Ma ktoś może pomysł, co się tutaj wydarzyło???




środa, 25 stycznia 2017

Gruzińskie stroje w różnych odsłonach





Dzisiaj znowu spotykamy się w ramach cyklu "W 80 blogów dookoła świata", pisząc tym razem o modzie z różnych krajów.  Ja pokażę Wam piękne gruzińskie tradycyjne stroje, a w inne miejsca na kuli ziemskiej zabiorą Was linki umieszczone pod artykułem. Zapraszam!






O tradycyjnych gruzińskich strojach używanych zarówno na co dzień, jak i od święta, pisałam już z zachwytem na początku mojej gruzińskiej przygody w artykule "Moda na tradycję"  (TUTAJ). Zarówno zdjęciami, jak i opisem mogłam jednak stworzyć wrażenie, że kiedyś cała Gruzja ubierała się identycznie- a to przecież nie tak! Dlatego tym razem chcę pokazać inne tradycyjne ubrania z różnych regionów. Dla przypomnienia rzut okiem na najbardziej tradycyjny męski strój, czyli płaszcz zwany "czocha" w komplecie z wysokimi butami, pasem na naboje i kindżałem oraz futrzaną czapą "papachi"., a także damską powłóczystą suknię "kartuli kaba" noszoną w komplecie z woalką i podkreślającymi efekt długimi warkoczami.










 



A teraz już pora przejść do innych wariantów strojów narodowych. Zacznę od tego, że gruzińska tradycyjna moda ogromnie mi przypadła do gustu przede wszystkim z uwagi na piękno, jakie tkwi w jej prostocie. Kobiece suknie były szyte bardzo prosto, z lejącymi się rękawami, gorsetem ściśle dopasowanym w talii i szerokim dołem sięgającym samej ziemi, tak aby stopy były zakryte. Używano drogich importowanych materiałów- jedwabiu, aksamitu lub satyny w zdecydowanych kolorach- czerwony, białym, niebieskim, zielonym, brązowym, z reguły gładkich bez żadnego deseniu. Dla ich ozdobienia używało się pięknej i misternie wykonanej biżuterii, koralików, pereł, drogich kamieni, futra, koronek i srebrnych lub złotych haftów. Do tego dochodziło nakrycie głowy w postaci haftowanego białego welonu podtrzymywanego przez nieregularną szeroką obręcz lub płaski czepek. U panien welon spływał luzem na plecy, a u mężatek zaczepiony był z przodu pod brodą. W wersji codziennej suknie mogły być także z wełny, ale wykonane były zawsze z tą samą starannością. Mężczyźni oprócz wierzchniego płaszcza "czochy" przewiązanego wąskim skórzanym zdobionym pasem, nosili ciemne szerokie spodnie wpuszczane w wysokie skórzane buty, a do tego białe lub szare koszule z wysoką stójką.



Stylizowany strój z regionu Imeretia

 
Shida Kartli (Wewnętrzna Kartlia)


Kachetia



Cudne te hafty!
Tbiliska piękność




Stroje jak stroje, ale ta fryzura !




Inaczej wyglądały stroje w regionach górskich i wiejskich, gdzie życie codzienne wymuszało bardziej praktyczny ubiór. Stroje męskie znacznie bardziej przylegały do ciała- spodnie były węższe co lepiej sprawdzało się przy jeździe konnej, obuwie elastyczniejsze i dostosowane do chodzenia po różnym terenie, a nakrycia głowy musiały chronić przed kaprysami pogody. Kobiece suknie także "odchudzono", pozwalając paniom na swobodniejsze poruszanie się, nie rezygnując jednak z elementów dekoracyjnych i fantazyjnej biżuterii.



Skansen w Tbilisi tak prezentuje stroje wiejskie
 


Adżaria (po lewej) i Samcche-Dżawachetia (po prawej)



Guria



Adżaria



Adżaria z przepiękną czerwienią



Pisząc o narodowych strojach gruzińskich nie można zapominać, że Gruzja nie zawsze była Gruzją w obecnym kształcie. Poszczególne narody kaukaskie kształtowały swoje granice bardzo płynnie, a tradycje i zwyczaje mocno się przenikały. Nie inaczej było z odzieżą, która ma wiele wspólnych cech dla całego Kaukazu, ale jednocześnie nosi odrębne cechy regionu, z którego pochodzi. Podstawowa zasada była jedna: odzież męska ma podkreślać powagę i stateczność, a damska piękno i wdzięk. Myślę, że właśnie tak się stało- nawet średnio urodziwy Gruzin w stroju narodowym wygląda godnie, a Gruzinka smukło i powabnie. Co ciekawe, jeszcze do początków XX wieku chodzenie w tradycyjnych strojach było w Gruzji zupełnie naturalne i dopiero w czasach ZSRR zwyczaj ten zaczął zanikać, bo kojarzony był z niepożądanym nacjonalizmem. Jednak teraz moda ta prężnie się odradza, czego efektem jest powstawanie całych kolekcji strojów "z górnej półki" szytych na miarę na podstawie tradycyjnych wzorów i adresowanych do gruzińskich elit. Przykładem mogą być kolekcje firmy Samoseli Pirveli, która od 2011 roku zajmuje się wyrabianiem strojów, butów, nakryć głowy i innych tradycyjnych akcesoriów stylizowanych na historyczne, choć dostosowane do współczesnych gustów klientów. Firma ta szyje stroje m. in. dla zespołu tańca narodowego Sukhishvili, a w zeszłym roku przygotowała kolekcję olimpijską, która odbiła się szerokim echem w mediach (po szczegóły zapraszam TUTAJ). 



Tancerze baletu Sukhishvili w strojach od Samoseli Pirveli (źródło: internet)



A tutaj do obejrzenia inne stroje z bogatej kolekcji tej firmy:

 




Tutaj możecie poczytać o tym, jakie stroje nosi się w innych krajach:

Austria:
Chiny: 
Biały Mały Tajfun: Stroje ludowe Yunnańczyków
Finlandia:
Francja: 
Zabierz swego lwa: Culottes, pantalon (40)
Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim: Porozmawiajmy o ciuchach
Hiszpania:
Japonia:
Kirgistan: 
Norwegia:
Szwajcaria:
Turcja:
Turcja okiem nieobiektywnym: Tureckie stroje kiedyś i dziś
Włochy:
Studia, parla, ama: Bądź jak Sofia Loren
 
Jeśli ktoś z Was też jest autorem językowo-kulturowego bloga i chciałby się do nas przyłączyć, zachęcam do zajrzenia na TEGO bloga grupy, a także do kontaktu pod adresem e-mailowym blogi.jezykowe@gmail.com.