sobota, 9 sierpnia 2014

Sześć lat po wojnie

W moim blogu z premedytacją uciekam od dywagacji historyczno-politycznych, gdyż nie uważam, abym ja jako osoba posiadająca wybiórcze informacje miała jakiekolwiek prawo formułować ostateczne opinie w kwestiach, co do których nawet miejscowi nie są zgodni. Trudno jednak pominąć całkowitym milczeniem przypadającą właśnie rocznicę 7/8 sierpnia, czyli dnia, w którym w 2008 roku doszło do zbrojnej eskalacji konfliktu gruzińsko-osetyjskiego, nazwanej później "wojną pięciodniową". O samym przebiegu konfliktu napisano już mnóstwo, zatem zamiast się powtarzać odeślę po prostu do zasobów internetu (choćby TUTAJ do Wikipedii, która dosyć obiektywnie opisuje przebieg zdarzeń  lub do TEJ  bardzo ciekawej choć obszernej analizy).


Tbilisi, pomnik ku pamięci poległych w wojnie 2008

Lista nazwisk jest długa i przygnębiająca















Dlaczego w ogóle o tym piszę? Bo Gruzja to nie tylko wino, biesiady i piękne krajobrazy. Wydarzenia sprzed sześciu lat mają wielki wpływ na gruzińską teraźniejszość i to nie tylko w wymiarze historyczno-patriotycznym (bo na Kaukazie niestety trzeba przyzwyczaić się do tego, że każdy naród ma swoją bolesną historię, z której w dodatku wynika, że to właśnie on ma największe prawa do tego terytorium, a jednocześnie jest najbardziej poszkodowany przez sąsiadów), ale także w wymiarze dnia codziennego. Nam trudno to sobie uświadomić i z reguły podczas ekspresowego zwiedzania Gruzji o tym nawet nie myślimy, ale sierpniowa wojna toczyła się nie w jakichś zamierzchłych czasach, tylko naprawdę zaledwie sześć lat temu i jest to rana, która tutaj nadal mocno boli. A przecież kilkanaście lat przed nią toczyły się tutaj też inne krwawe walki w Abchazji i w Osetii... Wystarczy porozmawiać z ludźmi i posłuchać ich historii, nagle okazuje się, że każdy ma w rodzinie kogoś... albo zna kogoś... albo znajomi znają kogoś.... W przypadku działań wojennych z 2008 roku ciężko jest znaleźć wiarygodnie statystyki, ale przyjmuje się, że po stronie osetyjskiej zginęło 310 osób a co najmniej 1500 zostało rannych, po stronie rosyjskiej zginęło 74 żołnierzy a 323 zostało rannych, natomiast po stronie gruzińskiej zabitych zostało 412 osób (w odniesieniu do rannych brak konkretnych danych). Konsekwencją "wojny pięciodniowej" są także kolejne hektary osiedli dla tzw. IDP- osób "wewnętrznie przesiedlonych" (za które w odróżnieniu od uchodźców uznaje się osoby szukające schronienia przed konfliktem na obszarze swojego państwa, a nie za granicą). Według szacunków ONZ w tamtym okresie około 150 tysięcy ludzi musiało opuścić swoje domy, a po zakończeniu działań zbrojnych około 20 tysięcy już do nich nie wróciło i dołączyło do wcześniejszych IDP z terenów osetyjskich i abchazkich. Wiele z tych osób zamieszkało u krewnych w stolicy lub innych regionach Gruzji, jednak dla ponad 8 tysięcy wybudować trzeba było nowe (z założenia prowizoryczne i tymczasowe) schronienia. Takie osiedla zaobserwować można np. jadąc autostradą z Tbilisi do Gori. Widok jest przygnębiający, a pamiętać trzeba, że rodziny mieszkające w takich miejscach i tak w pewnym sensie uznawane są za "uprzywilejowane", bo IDP z czasów wcześniejszych wojen osiedlano np. w opuszczonych sanatoriach w Tskaltubo czy zrujnowanych wiejskich domach w Anaklii. 

Jedno z osiedli dla IDP przy autostradzie Tbilisi-Gori.


Akcenty patriotyczne
(foto ściągnięte z https://www.flickr.com/photos/idmc-nrc/6619205455/
 )
Taki widok ciągnie się prawie po horyzont- smutny i dołujący obraz















Co prawda w Gori czy Poti nie straszą już zbombardowane ruiny, ale kolejna spuścizna konfliktu, z której Gruzja dopiero się dźwiga, to zniszczona podczas walk infrastruktura (przykładowo most w Kaspi, linie kolejowe, port w Poti, nie mówiąc już nawet o Cchinwali), której odbudowywanie to proces kosztowny i wieloletni. Ogromne straty poniosły też gospodarki obu krajów (ok. 20 mld dolarów w Gruzji i co najmniej 50 mld dolarów w Rosji). Nie można tez zapominać o kosztach politycznych- po zakończeniu bezpośrednich działań wojennych nastąpiła sytuacja patowa na linii Tbilisi-Moskwa, bo najpierw 26.08.2008r. Rosja oficjalnie uznała niepodległość Abchazji i Osetii Południowej, a następnie 29.08.2008r. Gruzja zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją. W efekcie oba sporne terytoria zaczęły funkcjonować w coraz większej izolacji i tak naprawdę obecna sytuacja nie satysfakcjonuje nikogo, a dla ludności po obu stronach linii administracyjnej jest nieustającym źródłem problemów. Wystarczy powiedzieć, że nowe podziały administracyjne rozerwały wiele rodzin żyjących teraz po dwóch stronach nagle wyrosłej "granicy", uzależniając przekraczanie od wyrobienia specjalnych dokumentów i przepustek, skomplikowały sytuację związaną ze szkolnictwem, pracą i zaopatrzeniem w produkty codziennego użytku.
Długofalowym skutkiem konfliktu jest także obecność międzynarodowych organizacji. Na terenie Gruzji i Abchazji działają siły ONZ (głownie UNHCR, UNDP i UNRGID) zajmujące się głównie pomocą osobom przesiedlonym oraz wspierające powojenną odbudowę. W Gruzji nadal stacjonuje także Misja Obserwacyjna Unii Europejskiej EUMM i jej charakterystyczne samochody patrolowe można często spotkać na terenach leżących w pobliżu linii podziału. 


Takie samochody ONZ spotkać można w miejscach związanych z konfliktem 

A to już samochody patrolowe EUMM
(zdjęcie pochodzi z http://eumm.eu/en/media_gallery/rhlhxtxkxz_btuwx1/#)

Konflikty na Kaukazie to proces ciągnący się od stuleci. Dzisiaj w Gruzji składa się wieńce pod pomnikami tych, którzy zginęli w sierpniu 2008r., przy innych okazjach składa się je też w miejscach upamiętniających  wojny w latach 90-tych w Osetii i Abchazji. Wiem, że to brzmi bardzo banalnie, ale można tylko mieć nadzieję, że nie będzie już w Gruzji pomników z kolejnymi datami, bo najnowsza historia boleśnie pokazuje, że takie rozwiązania to droga donikąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz