piątek, 12 sierpnia 2016

Nie taki "diabelski młyn" straszny...


Pamiętacie z dzieciństwa wielkie karuzele w wesołych miasteczkach? Największym hitem były zawsze kolorowe "diabelskie młyny", które tak naprawdę nie miały jakiejś ogromnej wysokości, ale z punktu widzenia dziecka wydawały się niebotyczne. Szałem były tez wysokie karuzele krzesełkowe, zamki duchów i elektryczne samochodziki. Minęły lata, a dziecięca fascynacja pozostała... zapraszam na przejażdżkę!

Pierwszym gruzińskim "diabelskim młynem", z którego z lekką dozą niepewności skorzystałam, było wielkie koło ustawione w parku rozrywki w Kutaisi. Sam park rozrywki robił lekko "oldschoolowe" wrażenie rodem z wczesnych lat 90-tych, ale przejażdżka na powoli poruszającym się kole była niezwykle przyjemna i wiązała się z genialnymi widokami. Było warto pokonać strach!


Ten "diabelski młyn" pamięta jeszcze chyba poprzednią epokę


Konstrukcja nieco przerażająca



Za to jaki widok!!!



Kolejna rundka wielkim kołem zaliczona została w Batumi. Diabelskiego młyna trudno tam nie zauważyć, stoi niedaleko portu i wpisał się już na stałe w krajobraz nadmorskiego bulwaru. Na przejażdżkę wybraliśmy sobie nietypową porę roku, bo koniec marca- było już ciepło, ale strasznie wietrznie, za to byliśmy jedynymi chętnymi do korzystania z tej atrakcji.


"Diabelskiego młyna" w Batumi nie sposób przeoczyć


Wagoniki wspinają się na wysokość 60 metrów
 

Widok z góry na fontannę z czaczą, port i centrum Batumi



Kulminacja nastąpiła oczywiście w Tbilisi na wielkim kole widocznym na szczycie góry Mtatsminda. Miałam spore wątpliwości, czy wsiadanie do niego jest aby dobrym pomysłem, ale w końcu zostałam przekonana. Widok roztaczający się z góry- bezcenny, choć wysiadałam na miękkich nogach, bo cała konstrukcja tarmoszona wiatrem chwieje się i wydaje przerażające odgłosy. No ale nie może być inaczej, bo tbiliskie diabelskie koło ma aż 80 metrów wysokości. Tylko dla osób o mocnych nerwach!


Nie byłam wcale taka pewna, czy chcę wsiąść



Tbilisi prawie z lotu ptaka


Na tle wieży telewizyjnej jeszcze wyraźniej widać, jak wysoko się wspięliśmy



Koło ma wysokość 80 metrów- tylko dla odważnych!
Wrażenie obłędnej wysokości potęgowane jest jeszcze przez umiejscowienie konstrukcji na wysokiej górze.

 

Każda z tych przejażdżek kosztowała grosze (1-2 GEL), a zapewniała emocje i widoki niesamowite. Przy okazji przejażdżki na diabelskim kole w Tbilisi zajrzeliśmy jeszcze do reszty parku rozrywki Bombora, który znajduje się na Mtatsmindzie. Wszystko było oczywiście strasznie kiczowate, a z głośników leciały pełną parą nieco zachrypnięte dyskotekowe przeboje, więc nie zdecydowaliśmy się na korzystanie z innych atrakcji. Ale z punktu widzenia dziecka wizyta w takim parku rozrywki może być spełnieniem marzeń! W letnie weekendy to miejsce pełne jest odwiedzających, wyczytałam nawet, że tbiliski park na Mtatsmindzie był trzecim co do ilości odwiedzających w całym ZSRR!
 

Przecudnej urody wejście do parku rozrywku
(więcej zdjęć na stronie źródłowej georgiaabout TUTAJ)


Chyba najsłynniejszy element tbiliskiego parku rozrywki


Rollercoaster dla odważnych



Nie dostąpiliśmy niestety przyjemności przejażdżki niesamowitym diabelskim kołem umieszczonym na frontowej ścianie planowanego Uniwersytetu Technicznego- kiedy opuszczałam Gruzję w 2014 roku budynek stał gotowy, ale nie oddany do użytku i z tego co wiem stan ten nie zmienił się do dzisiaj. Szkoda, bo na pewno byłoby mnóstwo chętnych do przejechania się taką szaloną karuzelą!



Uniwersytet Techniczny miał znaleźć się w tym wysokim środkowym budynku
niedaleko batumskiego bulwaru, wciśnięty między luksusowe hotele


Na etapie budowy myśleliśmy, że u góry powstaje wielki złoty zegar


Przejechać się tym "diabelskim młynem"- to dopiero byłaby atrakcja!


Nie udało się nam również skorzystać z atrakcji parku rozrywki Tsitsinatela w Kobuleti, nazywanego na forach mocno na wyrost "gruzińskim Disneylandem". Z tym parkiem w ogóle jest bardzo dziwna sprawa, bo pomimo regularnych odwiedzin w Kobuleti o różnych porach roku tylko raz widziałam, że karuzele i inne atrakcje faktycznie działały- było to na rozpoczęcie sezonu letniego w 2013 roku. Oprócz tego konkretnego dnia karuzelowe miasteczko zawsze wyglądało na wymarłe, i to zarówno w dni powszednie, jak i w weekendy. Tajemnica wyjaśniła się dopiero po jakimś czasie- park działa wyłącznie w sezonie i przy dobrej pogodzie, a otwierany jest od godziny 18... gratulacje dla geniusza, który to wymyślił!



Środek lata- wejście do opustoszałego parku Tsitsinatela


Plan wszystkich atrakcji


Karuzela i diabelski młyn, a pomiędzy nimi schowany znudzony policjant pilnujący całości


Niestety, nie wszystkie miejsca rozrywki miały tyle szczęścia co te w Kutaisi, Batumi czy
Tbilisi.  W mniejszych miejscowościach wiele z nich święciło tryumfy popularności w latach 70-tych czy 80-tych, ale teraz wygląda tak, jak ta smutna nieczynna karuzela w Martvili. Dlatego szkoda, że w szale niedawnego budowania "gruzińskich Disneylandów" nie znalazły się pieniądze na przywrócenie takich miejsc do stanu używalności...



Najbardziej rozrzewnił mnie przyczepiony u góry motorek napędzający całość.
Kiedyś ta karuzela to musiała być atrakcja na całą okolicę!




1 komentarz: