Wiele razy zastanawiałam się, co przywieźć sobie z Gruzji na pamiątkę. Tradycyjne wino czy herbata szybko się dematerializują ;-), a wszelkiego rodzaju rogi, kindżały i futrzane czapy to w większości kiczowate podróbki kiepskiej jakości. Inspiracją stały się dla mnie w końcu stragany rozstawione wzdłuż drogi Khashuri-Zestaponi zawierające takie cudeńka:
Dzbanki, miski, garnki, rogi... tylko wybierać!
Dzbany w rozmiarze XL
Na straganach oprócz ceramiki także wyroby drewniane
Kadzie na wino jeszcze w procesie produkcji
Tradycyjne kvevri- właśnie takie chciałam kupić ;-)
Produkcja glinianych naczyń ma w Imeretii długą tradycję. Szczególnie specjalizuje się w niej wioska Shrosha (pol. Szrosza, gruz. შროშა), w której od stuleci powstają naczynia w niezmienionych tradycyjnych kształtach. Wieś położona jest w dolinie rzeki Dzirula, 53 km od Kutaisi, przy głównej trasie i nie sposób jej przegapić ze względu na mnóstwo mniejszych i większych przydrożnych straganów wystawiających gliniane wyroby. Produkcja ich w takiej ilości możliwa jest ze względu na pobliskie pokłady gliny i najwyraźniej stała się sposobem na życie dla całej wsi. Sprzedawcy przez cały rok, niezależnie od pogody, oferują bardzo szeroki wybór mis, miseczek, garnków, doniczek, dzbanków, glinianych rogów do picia i nie wiadomo jeszcze czego. Kolorystyka też jest różna, można zdecydować się na czystą glinę, ale są też naczynia malowane na jaskrawe kolory lub dekorowane (farbami lub- o zgrozo!-w wersji dla turystów "zdobione" koślawo czarnym markerem). Naprawdę, trudno oprzeć się pokusie zakupów, szczególnie że ceny są naprawdę niewysokie (miseczki to 1-5 lari, większe garnki 7-15). Najbardziej pożądliwie patrzyłam na wielkie kvevri- kadzie do przechowywania wina (wkopuje się je pionowo w ziemię, dlatego mają taki dziwny niestabilny kształt), ale kłopoty z przetransportowaniem ich do Polski skutecznie mnie zniechęciły i skończyło się na zakupie garnka, kilku dzbanków i kilkunastu miseczek, które potem zawinięte pieczołowicie w tony ubrań transportowałam do Polski. Ale warto było, bo ich są teraz piękną ozdobą mojej kuchni.
Oczywiście to tylko część moich gruzińskich skarbów
I jeszcze mała ciekawostka: w Wikipedii doczytałam się, że czerwoną gliną pochodzącą ze Shroshy wyłożone zostały ściany i kolumny zbudowanej w 1935 roku stacji moskiewskiego metra Krasnyje Vorota. Wygląda na to, że musi być to naprawdę dobra glina! A tutaj znalazłam krótki filmik ze Shroshy:
W
ramach rozrywki zdarza mi się czasem, że próbuję pooglądać nieco gruzińskiej telewizji. Wybór jest nawet spory, bo mamy gruzińskojęzyczne kanały publiczne (1 TV, 2 TV, Caucasian TV) oraz prywatne (Adjara
TV, Rustavi2, Maestro TV, Imedi TV) i można w celach edukacyjnych przeskakiwać między wiadomościami, pogodą, filmami i wszelkimi
innymi cudami (zdecydowanie polecam tu prognozy pogody, bo zakres
słownictwa jest w nich powtarzalny i w miarę łatwo można
zrozumieć, o czym mowa). Jeśli chodzi o nadawane aktualnie programy, to z jakiegoś powodu rekordy popularności
bije chwilowo turecka zdubbingowana telenowela "Didebuli Saukune" (tur. „Muhteşem yüzyıl” czyli „Wspaniały wiek”), której akcja dzieje się głównie w haremie sułtana Sulejmana Wielkiego- w godzinach jej emisji tabuny gruzińskich kobiet siedzą jak przykute do telewizorów, żeby
później z całą powagą dyskutować o wydarzeniach ostatniego
odcinka. Normalnie histeria na miarę tego, co działo się u nas za
czasów „Niewolnicy Izaury” ;-)
Tutaj poczuć możecie krótki przedsmak tego hitu:
Drugim
programem, za którym Gruzini szaleją, jest Vano's Show prowadzony
od 2006r. przez popularną postać telewizyjną Vano Javakhishvili i
będący gruzińskim klonem amerykańskich programów łączących
wywiady ze znanymi postaciami z muzyką, kabaretem i innymi
elementami rozrywki. Takich „amerykańskich klonów” pełna jest
zresztą ramówka prywatnej stacji Rustavi2- mamy tutaj znajomo
wyglądające Georgia's Got Talent! („Mam Talent”), Lucky Wheel
(„Koło Fortuny”) czy X-Factor. Tutaj obejrzeć sobie możecie przykładowy występ z "Georgia's Got Talent":
Jeśli byliście kiedyś w przeciętnym gruzińskim domu czy mieszkaniu, to na pewno mieliście też okazję zaobserwować, co jest w nich najważniejszym meblem- tak, oczywiście chodzi o telewizor! Przy czym mało tego, że musi on stać na honorowym miejscu (w Polsce przecież często też tak jest), tutaj telewizor musi „chodzić” non stop, od rana do późnej nocy, nawet jeśli nikogo nie ma w pomieszczeniu. Poza tym musi koniecznie ryczeć głośno, tak żeby trzeba było go przekrzykiwać przy rozmowie. A co, niech sąsiedzi widzą i słyszą! (Uwaga- zasada „ryczenia” dotyczy też knajp- spożywanie posiłku z lecącym w tle czymkolwiek_byle_głośno to niestety standard, a prośby o ściszenie spotykają się z wielkim zdziwieniem).
Czego jak czego, ale telewizji w Gruzji zabraknąć nie może...
Wieża telewizyjna w Tbilisi
Oczywiście
przy tak wielkiej miłości do telewizji Gruzini wykorzystują też
potencjał kablówki i satelity. Anteny satelitarne są stałym i
bardzo popularnym elementem krajobrazu i widywałam je już w nawet
najbardziej absurdalnych miejscach.
Okolice Wardzi
Okolice Senaki
Okolice Zugdidi
Co interesujące, programy w Gruzji nadal nadawane są analogowo. Pojawiła się jednak szansa na zmianę. Pod koniec 2013 roku powołana została Konsultacyjna Rada ds. Cyfryzacji, która w wyniku przetargu wybrała firmę Stereo+ mającą do czerwca 2015 roku pokryć sygnałem cyfrowym cały kraj, natomiast już od marca 2015 roku programy miałyby być nadawane równolegle w formacie analogowym i cyfrowym. Koszt projektu jest ogromny- 10 milionów lari, bo przy cyfryzacji pokonać trzeba będzie cały szereg problemów technicznych (brak odpowiedniej sieci, trudne ukształtowanie terenu, niska koncentracja odbiorców w wielu regionach) oraz kwestię wymiany odbiorników (zakłada się tutaj pomoc rządową dla najuboższych rodzin). No cóż, jak to mówią- pożyjemy, zobaczymy!
Kiedy po raz ostatni widzieliście w Polsce kogoś idącego po ulicy w tradycyjnym stroju np. krakowskim czy łowickim? Albo biorącego ślub w takim stroju? W Gruzji widok mężczyzny w tradycyjnym stroju jest zupełnie normalny i choć oczywiście nikt nie nosi go już raczej na co dzień, to jednak przy wszelkiego rodzaju oficjalnych okazjach panowie bardzo często ubierają się nie w europejskie garnitury, a właśnie w stroje historyczne.
Chłopcy jak malowani :)
Najbardziej znany tradycyjny gruziński strój męski nazywany jest czocha i ma postać gładkiej, najczęściej czarnej, ale też białej, czerwonej lub szarej tuniki z wąskimi kieszonkami na piersi, do których można było wkładać sakile- patrony z prochem. Czocha przepasywana jest skórzanym pasem, na którym z reguły wisi ozdobny, ostry sztylet khandjali w skórzanej pochwie ze srebrnymi ornamentami. Sam pas też bywa dekorowany, spotyka się również przymocowane do niego sastsrafo, czyli specjalnie uszytą torbę na dodatkowe patrony. Całość uzupełniać może charakterystyczna futrzana czapa papachi, ewentualnie odpowiednio zawiązana chusta lub czapka wełniana.
Najbardziej popularna czocha to ta w wersji czarnej
Czocha w wersji ciemnej czerwieni, na głowie tradycyjna czapa
Pięknie widoczne dekoracyjne elementy pasa
Ślub w tradycyjnym stroju jest obecnie bardzo modny
Jeśli chodzi o kobiety, to ich tradycyjna kartuli kaba (czyli gruzińska suknia) jest koniecznie długa, raczej gładka, wąska w pasie, a rozszerzająca się ku dołowi, najczęściej haftowana i z ozdobną szarfą. Do tego młodsze dziewczyny noszą długie warkocze i jedwabne woalki, a starsze kobiety haftowane jedwabne białe chusty.
Najbardziej charakterystyczna suknia
Oczywiście tradycyjne stroje różnią się od siebie zależnie od regionu Gruzji, z którego pochodzą. Czasami chodzi tylko o detale, ale część strojów jest zupełnie odmiennych, jak na przykład te pochodzące z rejonu Gurii, Adżarii, Chewsuretii lub Samcche-Dżawachetii.
Drugim po czerni tradycyjnym kolorem strojów jest czerwień
Mniej więcej tak wyglądają stroje z regionu Guria
Podobno w czasach sowieckich tradycyjny gruziński strój narodowy zobaczyć można było jedynie podczas występów zespołów tanecznych, a noszenie go na co dzień nikomu nie przychodziło do głowy, bo równało się z podejrzanymi tendencjami nacjonalistycznymi. Obecnie jednak posiadanie takiego stroju i ubieranie go jest wręcz modne i w dobrym tonie, szczególnie jeśli chodzi o mężczyzn. W takie miniaturowe stroje chętnie ubiera się też dzieci. Widać, że Gruzini są bardzo dumni ze swojego dziedzictwa i w sumie dobrze, bo muszę przyznać, że strój taki robi imponujące wrażenie i co ważne nawet niezbyt urodziwy gruziński facet nabiera w nim klasy i prawdziwie męskiego wyglądu.
Mali chłopcy bardzo lubią paradować w tradycyjnych strojach
Od co najmniej dwóch lat Gruzja stała się bardzo modnym kierunkiem podróży dla Polaków- według oficjalnych statystyk Gruzińskiej Narodowej Agencji Turystycznej obecność naszych rodaków rozwija się najbardziej dynamicznie ze wszystkich nacji i wzrosła z 12 tysięcy w roku 2011, przez 21 tysięcy w roku 2012 do prawie 37 tysięcy w roku 2013. Pewnie dlatego już kilka razy byłam przez polskich znajomych pytana, jak się do tego kraju dostać. Postanowiłam więc nieco uporządkować tę wiedzę i umieścić ją w jednym miejscu, bo zapewne obecne trendy turystyczne jeszcze jakiś czas się utrzymają.
Stare i nowe stemple gruzińskiej kontroli granicznej- kiedyś były czerwone, teraz są zielone
Najpopularniejszym sposobem dostania się do Gruzji jest droga lotnicza. Są tutaj trzy lotniska przyjmujące loty międzynarodowe: Tbilisi (do poczytania TUTAJ), Kutaisi oraz Batumi; na pierwsze dwa istnieją połączenia bezpośrednie z Polski (Lot i WizzAir z Warszawy, WizzAir z Katowic), można też pokusić się o wykorzystanie innych kombinacji połączeń, np. przez Mińsk, Wilno lub Kijów do Kutaisi albo przez Rygę, Monachium, Amsterdam lub Stambuł do Tbilisi. Zaletą korzystania z połączeń lotniczych jest fakt, że w lotach bezpośrednich oraz na kierunkach z/do krajów Unii Europejskiej nie potrzeba posiadać paszportu. Od stycznia 2011r. Gruzja wprowadziła bowiem jednostronnie akceptację dowodów osobistych podczas przekraczania granicy państwowej przez obywateli Unii Europejskiej, w tym Polski, podróżujących w celach turystycznych. Po wjeździe można pozostać na terenie kraju do 360 dni bez konieczności jego opuszczania (dla bardziej dociekliwych więcej informacji znaleźć można na przykład TUTAJ). Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy zasada ta faktycznie działa w praktyce, to spieszę uspokoić, że na własne oczy widziałam- dowód osobisty najzupełniej wystarczy, aby przejść kontrolę graniczną zarówno na lotnisku w Tbilisi, jak i w Kutaisi.
Lotnisko Kutaisi, właśnie wylądował samolot z Warszawy
Oczywiście do Gruzji wjechać można także od strony lądowej z sąsiednich krajów: samochodem od strony Turcji (Sarpi/Hopa na południe od Batumi, Vale/Türkgözü na południe od Akhalciche), od strony Armenii (Ninotsminda/Bavra, Guguti/Tashir, Sadakhlo/Bagratashen), od strony Azerbejdżanu (Lagodekhi/Sheki, Gardabani/Qazax) oraz od strony Rosji (Kazbegi/Wierchnyj Lars- po zejściu lawiny w dolinie Dariali w połowie maja 2014 przejście jest chwilowo nieczynne, sytuacja zmieni się dopiero po zbudowaniu prowizorycznej trasy dojazdowej). Uwaga! Oczywiście nie testowałam osobiście wszystkich tych przejść, więc jeśli ktoś ma aktualniejsze informacje, to proszę o kontakt! Granicę przekroczyć można także pociągiem linii Tbilisi-Baku lub Tbilisi-Erewań. Nie ma możliwości wjazdu od strony Osetii Południowej, natomiast od strony Abchazji technicznie wjechać się da, ale jest to naruszenie gruzińskiego prawa o okupowanych terytoriach (pisałam o tym TUTAJ). Jeśli chodzi o dokumenty, to przy wjeździe lądem czysto teoretycznie można by również posłużyć się polskim dowodem osobistym, jednak w praktyce i tak konieczne jest posiadanie paszportu, bo wymaga go każdy z krajów sąsiednich.
Przejście drogowe z Rosją Kazbegi-Wierchnyj Lars
Teoretycznie istnieje także możliwość dostania się do Gruzji od strony morskiej, głównie w postaci promów z Varny/Odessy do Batumi i z Kerczu do Poti, jednak chwilowo w związku z sytuacją na Ukrainie jest ona mocno ograniczona (nie znalazłam nigdzie żadnej oficjalnej informacji, ale podobno promy obecnie nie kursują, choć co innego widnieje na TEJ stronie przewoźnika); na ferrylines.com doczytałam się także, że z powodu niepewnej sytuacji politycznej na rok 2015 przeniesiono planowane otwarcie nowej linii Odessa-Jałta-Soczi-Batumi).
Do tej pory
pokazywałam na blogu zdjęcia krajobrazów gruzińskich, które w
dużym stopniu były do siebie podobne- albo morze, albo góry. Dziś
przyszła kolej na pokazanie czegoś zupełnie innego, miejsca w
Gruzji, do którego od samego początku coś mnie ciągnęło...ale może po kolei.
Kompleks monastyrów
Dawid Garedża (lub Davit Gareji), bo o nim tutaj mowa, jest
technicznie rzecz biorąc częścią Kachetii, krainy kojarzącej się
przede wszystkim z zielonymi uprawami winorośli. Faktycznie, gdy
jedzie się od strony Sagarejo, przez chwilę ma się jeszcze przed
oczami typowe kachetyjskie widoki. Jednak już po kilku kilometrach
wszystko się zmienia, bo zupełnie bez ostrzeżenia wjeżdżamy w
krajobrazy pustynno-stepowe i jak okiem sięgnąć widzimy falujące
wysokie trawy i grę kolorów na odkrytych skałach. Jak dla mnie
jeden wielki cud.
Stepy, stepy....
Ach, co za kolory!
... i znowu stepy
Jadąc do głównego monastyru, przejeżdżamy przez wioskę Udabno, a w niej - niespodzianka! - widzimy pomalowaną na biało knajpę "Oaza" od maja 2013r. prowadzoną przez parę Polaków. O miejscu tym nie tak dawno rozpisywało się kilka polskich mediów, dlatego nie będę tego dublować i po prostu wkleję link oraz link do strony samego projektu.
Widok na Oasis Club z daleka....
... i z bliska
Sam główny kompleks Dawid Garedża (piszę "główny kompleks", bo tak naprawdę większość turystów odwiedza własnie to jedno miejsce, podczas gdy w okolicy pomniejszych monastyrów jest mnóstwo) robiłby średnie wrażenie, bo mocno przypomina skalne miasta Vardzia lub Upliscyche, jednak świadomość, że przebywamy w miejscu zamieszkanym przez mnichów już w VI wieku, połączona z płynącymi z każdej strony szeptami modlących się Gruzinów były dla mnie czymś naprawdę mocnym. Magię miejsca zepsuł mi co prawda jeden z mnichów wywrzaskujący coś przez dłuższy czas do komórki, no ale nie będę się czepiać, bo widoki ze wzgórza wynagrodziły mi wszystko. Co ciekawe, kompleks położony jest częściowo na terenie Gruzji, a częściowo Azerbejdżanu, a zatem od wielu lat trwa o to miejsce spór graniczny. Był nawet moment, gdy służby graniczne obu państw zapowiadały zatrzymywanie turystów, którzy podczas wędrówek tę granicę przekroczą, jednak na szczęście w maju 2012 uzgodniono traktowanie tej okolicy jako "strefy przyjaznej turystom" (można o tym przeczytać na przykład TUTAJ).
Widok z góry na główny kompleks
A to już widok od dołu
Tutaj nadal mieszkają mnisi
Na koniec kilka uwag
odnośnie dojazdu: Do Dawid Garedża można dostać się od strony
Sagarejo drogą o całkiem znośnej jakości, po której przejedzie
właściwie każdy samochód. Można jechać także drogą od/do
Rustavi prowadzącą wzdłuż granicy z Azerbejdżanem, jednak jest
to teren częściowo wykorzystywany przez wojsko, a droga nie jest
utwardzona i składa się głównie z głębokich kolein i dziur-
porządny samochód terenowy jest tu niezbędny. Regularnych
marszrutek w tym kierunku nie ma, natomiast bywają marszrutki
„wycieczkowe”, zawsze istnieje także opcja z taksówką. Jakikolwiek by to środek transportu nie był- jak dla mnie Dawid Garedża to jedno z niewielu miejsc, które w Gruzji zobaczyć trzeba koniecznie!
Jadąc z powrotem ,w tym miejscu trzeba się zdecydować- terenówki mogą na lewo w stronę Rustavi, cała reszta na prawo!
PS.-Dziękuję Przemkowi, Horstowi i Jarkowi za udostępnienie fotografii !