piątek, 15 stycznia 2016

Lodowi giganci

Styczeń! Zima, zima, zima, pada, pada śnieg.... aż chciałoby się zanucić.... ale nic z tego, w Polsce jak na razie śniegu jak na lekarstwo. Za to dziś o poranku padający w nocy deszcz zamienił krajobraz w jedno wielkie lodowisko. I od razu naszły mnie gruzińskie wspomnienia z pewnej zimowej przygody, której zdecydowanie nie polecam... zatem ku przestrodze!

W okresie zimowym dosłownie co kilka dni na gruzińskich portalach informacyjnych przeczytać można o samochodach, które utknęły gdzieś na trasie w górach Kaukazu z powodu gwałtownych opadów śniegu. O ile zrozumiałe to było dla mnie w odniesieniu do ciężarówek, o tyle nie do końca rozumiałam problem w odniesieniu do samochodów osobowych. Myślałam sobie, że przecież bez przesady, taka trasa to czasem tylko kilka kilometrów, a o nadejściu chmur śniegowych z reguły wiadomo już dużo wcześniej, więc w czym problem... o ja naiwna! Pierwszym dzwonkiem alarmowym była dla mnie niemiła przygoda na przełęczy Rikoti, oddzielającej Gruzję wschodnią od zachodniej (do poczytania TUTAJ). Ale ogrom problemu zrozumiałam dopiero wtedy, gdy sama utknęłam w górach i to w sytuacji wydawałoby się kompletnie pozbawionej ryzyka. Był późny luty, 2014, zima zaskoczyła wtedy wszystkich totalnym brakiem śniegu nie tylko na nizinach, ale nawet w wysokogórskich zimowych kurortach. Wpadliśmy zatem na pomysł krótkiego weekendowego wypadu do Stepancmindy (miejsca, o którym pisałam TUTAJ). Wszystko było pięknie- góry jak zwykle oszałamiające, pogoda lekko mroźna ale sucho, no po prostu ideał. I w takim właśnie nastroju opuszczaliśmy Stepancmindę, zupełnie nie zwracając uwagi na kilka chmurek krążących gdzieś na horyzoncie....



Start w Stepancmindzie- niebo błękitne, tylko kilka chmurek
 
Na trasie chmur zrobiło się jakby więcej
   
 
W pewnym momencie, za pierwszymi tunelami (wynalazkiem, którego strasznie się boję, bo kiepsko w nich z oświetleniem, nawierzchnia bywa różna, zimą z sufitu lecą sople, a latem można się spotkać z krową) odkryliśmy, że niebo zrobiło się jakieś takie podejrzanie szare, ale nadal jeszcze droga wyglądała bardzo zachęcająco. Jednak dwie serpentyny pod górę dalej przestało już być tak super, bo samochód zaczął nieco dziwnie się zachowywać. Ale nadal parliśmy pod górę i do przodu...



Nie cierpię tuneli!!!


Niebo jakieś takie szarawe, ale droga póki co czarna
 
Już za chwilę ta osobówka się podda


















Powoli wspięliśmy się na Przełęcz Krzyżową, mijając na którymś zakręcie osobówkę z bagażami na dachu, która wymiękła (jeszcze nie zrozumieliśmy, dlaczego). Nagle dopadał nas lepka, wstrętna mgła, kompletnie ograniczając widoczność. Na długiej prostej na samym szczycie Przełęczy Krzyżowej postanowiliśmy na chwilę zrobić postój, aby udokumentować pobyt na wysokości 2395 m n.p.m. Zatem zjazd na pobocze, otwarcie drzwi samochodu, wyjście na jezdnię... i wielkie spektakularne bum! Okazało się, że schodząca mgła przymarza przy gruncie i jezdnia jest jedną wielką ślizgawką. Nie było tego widać wcześniej, bo dopóki samochód jechał powoli pod górę, nic złego się nie działo. Teraz jednak stanęliśmy przed wielkim problemem- co robić dalej? Droga jest gładka jak szklanka, temperatura spada, na horyzoncie nikogo, mgła gęstnieje, zaczyna prószyć lekki śnieżek, za jakieś dwie godziny zacznie się robić ciemno... Przemyśleliśmy opcje i uznaliśmy, że czekanie nic dobrego nam nie przyniesie, bo pogoda może być tylko gorsza  i możemy utknąć na dobre. Z potężnym przerażeniem w oczach ruszyłam zatem dalej. Powiem krótko- w życiu się tak nie bałam. Przepiękne na ogół góry Kaukazu stały się nieprzyjaznymi lodowymi gigantami, z którymi w dodatku musieliśmy sobie poradzić sami (bo jazda na tych wysokościach to nie spacerek po mieście i  zdecydowanie nie należy się spodziewać piaskarek ani żadnej innej pomocy). Napęd na cztery koła niewiele jest wart, gdy droga jest wielkim lodowiskiem, a ciężki samochód jadący w dół po górskich serpentynach zaczyna żyć własnym życiem i nawet na pierwszym biegu strasznie przyspiesza, a o nawet delikatnym użyciu hamulców można zapomnieć. Metodą prób i błędów udało mi się wypracować system polegający na jeździe prawymi kołami nieco po żwirowym poboczu, dzięki czemu pojawiła się chociaż śladowa przyczepność, co ratowało nas na zakrętach. Po wlokących się w nieskończoność kilkunastu minutach dotarliśmy w pobliże punktu widokowego, gdzie musiałam na chwilę stanąć i uspokoić rozdygotane nerwy. Kolejne kilka kilometrów do Gudauri pokonywaliśmy jakąś absurdalnie długą ilość czasu- w sumie trasa, którą można normalnie przebyć w 15 minut zajęła nam ponad godzinę. Byliśmy tez ostatnim samochodem, który tego dnia przejechał ze Stepancmindy, już po naszym wyjeździe policja zamknęła mianowicie trasę aż do południa następnego dnia, co w takich warunkach pogodowych jest bardzo częsta procedurą.

Kulminacyjny punkt trasy na Przełęczy Krzyżowej- 2395m n.p.m.


Piękne długie tory lodowe przyprószone śnieżkiem
 


Kręto, ślisko i wysoko w górach- koszmar każdego kierowcy
 
Coś być musi do cholery za zakrętem...
 
Upragniony punkt widokowy, przy którym można się zatrzymać


Widok mało napawający optymizmem
 

Lodowi giganci w otoczce z chmur


Od Gudauri zrobiło się już nieco przyjemniej, choć nadal ślisko


















I to wszystko wydarzyło się, gdy góry były prawie zupełnie pozbawione śniegu, a więc teoretycznie przyjemne i bezpieczne! W sytuacjach "śnieżnych" jest znacznie gorzej, bo może się na przykład zdarzyć tak, jak na zdjęciu poniżej. Dlatego pamiętajcie- jeśli w szeroko pojętym okresie zimowym planujecie wypad w góry, zawsze zostawcie sobie margines czasowy, który pozwoli Wam bezpiecznie dotrzeć do celu (a szczególnie na lotnisko!) w razie niespodzianek.



W drodze do Mestii...
źródło: Facebook


 

1 komentarz:

  1. Witam.
    Lubię tu zaglądać, z związku z czym proponuję przyjęcie nominacji do Liebster Award:
    http://lesnedrogi.blogspot.com/2016/01/nominacja-do-liebster-award.html
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń