środa, 10 lutego 2016

Trochę straszno, trochę śmieszno....

W ramach kolejnego projektu KLUBU POLKI NA OBCZYŹNIE w lutym i marcu dzielimy się na zmianę pomysłami, jak przetrwać zimę w obcym kraju oraz śmiesznymi i strasznymi opowieściami z miejsc, w których przyszło nam przebywać. Wczoraj Karolina opowiadała o zimie w Meksyku (TUTAJ), a dzisiaj przyszła kolej na moją gruzińską anegdotę. Tak naprawdę nie wiem, czy zakwalifikować ją do kategorii wydarzeń mrożących krew w żyłach, czy śmiesznych- oceńcie sami!


Wiele razy opisywałam już sytuację panująca na gruzińskich drogach i specyficzne podejście tubylców do zasad ruchu drogowego (na przykład TUTAJ czy TUTAJ), więc w końcu stało się to, co kiedyś stać się musiało, a mianowicie zaliczyłam stłuczkę. Cała historia wyglądała tak:

Jadę sobie spokojnie po mieście swoim pasem, dojeżdżam do skrzyżowania, mam zielone, a tu nagle wielkie bummmmm..... i widzę po swojej prawej stronie fruwające kawałki czegoś kolorowego. No pięknie. Co się stało? Jadący po sąsiednim pasie ruchu taksówkarz postanowił ni z tego ni z owego zatrzymać się i  z lewej strony wypuścić pasażera, oczywiście nie patrząc, że ma na swojej wysokości inny samochód. Efekt? Jego auto ma mocno wygięte drzwi i wielkie wgniecenie, moje auto pozbyło się prawego przedniego światła, prawego lusterka i uzyskało szereg błękitnych zarysowań i wgnieceń na całej długości. Cud, że wysiadający wyszedł z tego bez żadnych kontuzji.


 



Słabo mi się zrobiło, bo oczami wyobraźni już widziałam człowieka rozsmarowanego na mojej masce samochodu. Cała roztrzęsiona wysiadam. I tu zaczyna być niefajnie. Otoczona zostaję przez tłum co najmniej kilkunastu Gruzinów wrzeszczących, że to oczywiście moja wina. Dlaczego moja? A bo "kobieta za kółkiem" czyli na pewno moja. Hm, ciekawa teoria. Gdybym nie była tak bardzo zestresowana, to już w tym momencie zaczęłabym się histerycznie śmiać. Najlepszy jest jednak taksówkarz, który zaczyna się wykłócać o to, kto jest winny całej sytuacji. Osłupiałam! Według niego powinnam była stanąć i poczekać aż pasażer wysiądzie. Hm, czyli domyślić się jakimś cudem, że akurat w tym momencie szanowny hrabia będzie otwierał drzwi swojego auta, stanąć na środku drogi blokując ruch i poczekać aż on się oddali. Fakt, że wszystko działo się tuż przy skrzyżowaniu, na którym było zielone światło, zupełnie nie ma dla niego znaczenia- on jest tutejszy, to jest "jego droga" i ja jako cudzoziemka mam się dopasować. Coraz bardziej rosnący tłum jest zdecydowanie po stronie taksówkarza, już oprócz "kobieta za kółkiem" pojawiają się teksty w stylu "na pewno pijana", "pewnie nie ma prawa jazdy" i tym podobne.

Na szczęście udało mi się wezwać policję, która nie dosyć, że zapobiegła linczowi, to jeszcze od pierwszego rzutu oka uznała, że to absolutnie nie moja wina i wzięła szanownego taksówkarza w obroty. I pewnie na tym zakończyłaby się cała sytuacja, gdyby nie jakiś gościu z tłumu, który podszedł do mnie i zapytał, czy może jednak dogadałabym się z panem taksówkarzem i pokryła jego koszty... bo przecież ja jestem cudzoziemką więc na pewno mam ubezpieczenie, a on nie ma (w Gruzji nie jest ono obowiązkowe) i nie będzie go stać na naprawę.... A przecież w sumie to przeze mnie ma zniszczony samochód... W tym momencie już naprawdę pozostał mi tylko śmiech.

Ale na tym cała historia się nie zakończyła. Sześć tygodni później moje auto nadal nie opuściło warsztatu (zadziałało gruzińskie baaaardzo luzackie podejście do terminów), więc klęłam na tę całą sytuację ile wlezie. A tutaj w drzwiach mojego biura staje dzielny Pan Gruziński Taksówkarz (PGT) i wywiązuje się następujący dialog:

(Ja) - Gamardżobat, słucham pana.
(PGT)- Gamardżobat, przyniosłem rachunki.
(Ja) - Ale jakie rachunki?
(PGT)- No za naprawdę mojego samochodu, prawie 600 lari wyszło.
(Ja) - No współczuję, ale czego pan chce ode mnie?
(PGT)- Przecież kolega pani mówił, że przyjdę się dogadać co do pieniędzy, pani mi auto rozbiła, nie mogłem zarabiać przez tyle czasu i jeszcze takie koszty naprawy, pani to musi mi jakoś wyrównać.
(Ja) - Panie, policja stwierdziła, że wypadek był z pana winy, niech się pan cieszy, że moje auto miało ubezpieczenie, bo jeszcze za to musiałby pan zapłacić.
(PGT)- No właśnie- wiem, że moja wina ale pani ma ubezpieczenie, więc dla pani to żaden problem, a kto pokryje moje koszty?

Śmiać się czy płakać? Gruzja chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać ;-)



1 komentarz:

  1. Bezczelność na maksa. Ja bym dał po twarzy i tyle. Ciekawe, czy gdyby miał jednak to ubezpieczenie, to jak by się zachował wobec drugiej strony. Przyszedł i myślał, że dostanie pieniądze, bo tego chce? :D

    OdpowiedzUsuń